.

.
Topics :

Label 7

moto
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Latest Post

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skalski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skalski. Pokaż wszystkie posty

Ernest Skalski: Szemranie w pułkach smoleńskich

Written By Anna Lesack on środa, 15 maja 2013 | 03:44



Rafał Rogal­ski, czło­wiek do wyna­ję­cia. Naj­mi­morda wedle potocz­nych okre­śleń. Skoń­czył mu się kon­trakt u Kaczyń­skiego, to zwi­nął swoje 250, czy 300 tysięcy i przej­rzał na oczy. Już wie, że to żaden zamach, i że naj­bar­dziej odpo­wie­dzialni za kata­strofę zgi­nęli w niej. Ma wszakże przy­naj­mniej tyle przy­zwo­ito­ści, że przy­znaje się do swo­jej wcze­śniej­szej schi­zo­fre­nii i, przy dobrej woli, można to nawet uznać za skruchę.











Spo­wiedź i skru­cha mece­nasa Rogal­skiego nie jest waż­nym wyda­rze­niem poli­tycz­nym. Ważne są wystą­pie­nia posła PIS Zbi­gniewa Girzyń­skiego i świeżo wybra­nego sena­tora, a do nie­dawna posła, tej par­tii, Bole­sława Pie­chy. Obaj są pro­mi­nent­nymi człon­kami PIS. Pano­wie, podob­nie jak mece­nas, stwier­dzili, mówiąc w uprosz­cze­niu, że w Smo­leń­sku nie doszło do zama­chu, a miała miej­sce kata­strofa. Obaj pod­wa­żają prze­ko­na­nie Anto­niego Macie­re­wi­cza o wybu­chach w samo­lo­cie. W ten spo­sób doko­nują swo­istej apo­sta­zji, wypi­sa­nia się ze smo­leń­skiego kościoła, ofi­cjal­nej reli­gii ich par­tii. Dlaczego ?



To, że to nie był zamach jest oczy­wi­ste dla ludzi o zdro­wych zmy­słach, więc może nale­ża­łoby spy­tać dla­czego się wcze­śniej opo­wia­dali za wer­sją zama­chu, czy godzili się na nią. Ale odpo­wiedź wydaje się pro­sta; wdzieli w tym inte­res par­tii i swój. Co zatem się stało, że prze­stali go widzieć ?



Komen­ta­to­rzy zwra­cają uwagę na to, że na zama­chu robi w par­tii karierę Antoni Macie­re­wicz. Jego pozy­cja staje się coraz moc­niej­sza. Podobno zagraża samemu Kaczyń­skiemu, od któ­rego może prze­jąć kie­ro­wa­nie par­tią. Drogą wymu­szo­nego namasz­cze­nia przez pre­zesa, albo przez bunt. A takie wyja­śnie­nie trzeź­wie­nia nie­któ­rych dzia­ła­czy PIS nie wyklu­cza innego; budo­wa­nie pozy­cji na fun­da­men­cie wiary ludu smo­leń­skiego nie jest budo­wa­niem na opoce. Wyka­zał to dzie­sią­tego kwiet­nia prze­bieg trze­ciej rocz­nicy katastrofy.



Wyznawcy i zwolennicy




Jedni się cie­szyli, jedni się bali, kiedy się oka­zało, że już nie­wiele mniej niż jedna trze­cia bada­nej repre­zen­ta­cji spo­łe­czeń­stwa sądzi, że w Smo­leń­sku miał miej­sce zamach. Rok po wyda­rze­niu sądziło tak osiem­na­ście pro­cent. Ale zazwy­czaj przy bada­niu opi­nii publicz­nej nie bie­rze się pod uwagę stop­nia moty­wa­cji. Nie­kiedy uzu­peł­nia się pyta­nie sło­wami „zde­cy­do­wa­nie” i „raczej”, lecz to też nad­mier­nie uprasz­cza problem.



Są przy­padki kiedy ktoś dla jakiejś idei gotów jest poświę­cić życie, wol­ność, rodzinę, mają­tek, co znamy z jesz­cze nie­zbyt odle­głej histo­rii i co jest już postawą raczej rzadką w naszej cywi­li­za­cji. Wystę­puje, nie­stety, wśród fun­da­men­ta­li­stów islam­skich. Na dru­gim bie­gu­nie są zwo­len­nicy tego i owego, któ­rzy zagło­sują za tym i owym, jeśli aku­rat nie mają cze­goś lep­szego do roboty i nie ma przy­krej pogody. A w dodatku są to uczu­cia o zmien­nym natę­że­niu. Ina­czej je odczu­wamy na eks­ta­tycz­nym wiecu z cha­ry­zma­tycz­nym przy­wódcą, a ina­czej na domo­wej kana­pie czy w łóżku.



Przy­po­mi­nam o tym w kolej­nych arty­ku­łach i nie zamie­rzam w tym usta­wać, gdyż od sta­nów emo­cjo­nal­nych, nie­kiedy chwi­lo­wych, zależą cza­sem waż­kie poli­tyczne roz­strzy­gnię­cia. A jeśli już mówimy o „reli­gii” – chyba jed­nak cudzy­słów – smo­leń­skiej, to przy­po­mnijmy sobie praw­dziwą. 90–95 pro­cent Pola­ków uważa się za kato­li­ków. Już nie mówię o braku goto­wych do ponie­sie­nia męczeń­skiej śmierci za wiarę, lecz o wyma­ga­nym przez Kościół uczest­ni­cze­niu we mszy w każdą nie­dzielę. Czyni to mniej niż połowa dekla­ru­ją­cych swą przy­na­leż­ność do Kościoła.



Dzie­sią­tego kwiet­nia Pol­ska miała się zatrząść. To, że się nie zatrzę­sła wyni­kać miało z powodu złej pogody, co zdaje się potwier­dzać tezę o zróż­ni­co­wa­nym pozio­mie prze­ko­na­nia o zama­chu. Są fun­da­men­ta­li­ści, któ­rym „Smo­leńsk” prze­sła­nia wszyst­kie inne pro­blemy. Każdy poli­tyk jest przez nich oce­niany przez pry­zmat jego sto­sunku do tej sprawy. Nic nie jest ważne, tylko Prawda, przez naj­więk­sze P, którą i tak prze­cież znają; spi­sek Putina i Tuska. Wszystko inne mają wyparte z umy­słu. I być może nie­któ­rzy poli­tycy spo­dzie­wali się, że tacy są wszy­scy w tej jed­nej trze­ciej spo­łe­czeń­stwa. Ale są tam, może w więk­szo­ści i tacy, któ­rzy myślą, że zamach może i był, czy raczej na pewno był, lecz to dla nich tylko jedna z prze­sła­nek ich ogól­nej postawy i poli­tycz­nych wyborów.



Nie ma – oka­zuje się – jed­nej, wiel­kiej, zwar­tej, wszech­ogar­nia­ją­cej i rosną­cej w siłę pra­wicy, któ­rej nie­kwe­stio­no­wa­nym, cha­ry­zma­tycz­nym wodzem jest Jarosław-Polskę-Zbaw Kaczyń­skim, a prze­sła­niem – wiara w zamach smo­leń­ski. Owszem, taka jest leib­gwar­dia pre­zesa. Nawet liczna. Lecz nie wypeł­nia ona kon­glo­me­ratu sze­roko poję­tych sił pra­wi­co­wych. Zróż­ni­co­wa­nych i róż­ni­cu­ją­cych się w miarę upływu czasu. Co widać choćby po mediach. Był dobrze się sprze­da­jący tygo­dnik ”Uwa­żam RZE”. Wycho­dzi nadal, sprze­da­jąc jedną piątą daw­nego nakładu, osą­dzany przez nowe; ”W Sieci” i ”Do Rze­czy”. Cała trójka wal­czy o ten sam rynek czy­tel­ni­czy. Podob­nie jak „Gazeta Pol­ska Codzien­nie”, kon­ku­ru­jąca od jakie­goś czasu z rydzy­ko­wym ”Naszym Dzien­ni­kiem”. A już otwartą wojnę rydzy­kowe impe­rium, z jego TV Trwam, pod­jęło z TV Repu­blika Wild­ste­ina i Sakowicza.



Per­spek­tywa 2015




Poli­to­lo­dzy, socjo­lo­dzy, wraz z pro­fe­so­rem Cza­piń­skim, gro­ma­dzą­cym chyba naj­peł­niej­szą wie­dzę o spo­łe­czeń­stwie, ostrze­gają, że jeśli do roku 2015, Plat­forma nadal będzie tra­cić zwo­len­ni­ków, któ­rzy nie pójdą na wybory i fre­kwen­cja nie prze­kro­czy 40procent, to zdy­scy­pli­no­wany PIS wygra je, tak żeby móc rzą­dzić samo­dziel­nie. I tak by było – gdyby za dwa lata był to ten sam PIS, który w roku 2010 zapew­nił Kaczyń­skiemu 47 pro­cent gło­sów w wybo­rach pre­zy­denc­kich. Ale takiego PiS-u już nie ma, i chyba nie będzie. Mogłaby być koali­cja roż­nych sił pra­wi­co­wych, zawarta celem ode­bra­nia wła­dzy Plat­for­mie. Lecz na razie zaczyna to tro­szeczkę przy­po­mi­nać ośmie­szony Kon­went Świę­tej Kata­rzyny z kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej 1995 roku. Tyle, że z jed­nej strony, to już nie jest, jak wtedy, kon­glo­me­rat kana­po­wych par­ty­jek, a z dru­giej pra­wi­cowi lide­rzy jesz­cze się nie zabrali za kon­so­li­da­cję. Póki co, raczej się dzielą.



Do jesieni 2015 roku sporo może się jesz­cze wyda­rzyć. Będą wybory do euro­par­la­mentu, będą wybory samo­rzą­dowe. Suk­ces czy klę­ska w jed­nych i dru­gich mogą zawa­żyć na pozy­cji w wybo­rach par­la­men­tar­nych. Szcze­gól­nie istotny jest ten spraw­dzian dla Jaro­sława Kaczyń­skiego. Jeśli do pasma swo­ich pora­żek wybor­czych doda nowe, to mogą nań gło­so­wać już tylko naj­wier­niejsi wyznawcy Smo­leń­ska i zostaną przy nim jego naj­wier­niejsi pre­to­ria­nie, liczący, że w niszy poli­tycz­nej PiS-u star­czy jesz­cze miej­sca dla nich.



Marek Jurek, Paweł Kowal, Jacek Kur­ski i Zbi­gniew Zio­bro scho­dzili z pokładu, widząc że sta­tek bie­rze wodę. Lecz ich par­tyjki, takie małe PiS-y nie chwy­ciły. Poten­cjalni ich klienci wolą już PiS duży i auten­tyczny. Macie­re­wicz wia­domo. Można odnieść wra­że­nie, że wie­rzy on w to co głosi na temat Smo­leń­ska. A tacy poli­tycy jak Girzyń­ski i Pie­cha nie chcą się chyba odże­gny­wać od Kaczyń­skiego z jego wciąż mocna pozy­cją. Nie chcą też zapewne, tra­cić poten­cjału PiS-u. Widząc, że Smo­leńsk może nie być wystar­cza­ją­cym pali­wem dla wygry­wa­nia wybo­rów, usi­łują nieco zmie­nić wize­ru­nek par­tii, uka­zać ją jako bar­dziej racjonalną.



Ze zmniej­szo­nym gar­bem smo­leń­skim, który prze­sta­nie być głów­nym wyznacz­ni­kiem przy­na­leż­no­ści i popar­cia, z nie­skry­waną róż­nicą zdań i z dys­ku­sją w sze­re­gach, a przy tym z nadal z moc­nym przy­wódcą, PIS by bar­dziej przy­po­mi­nał nor­malną par­tię poli­tyczna, a mniej sektę, jaką się sta­wał po kata­stro­fie smo­leń­skiej. Praw­do­po­dob­nie nie stra­ciłby wybor­ców zde­cy­do­wa­nie smo­leń­skich – bo za kim, panie, pój­dziemy ? – a zyskałby bar­dziej racjo­nalną publikę. Być może odzy­skałby zdol­ność koali­cyjną. Do tego momentu miał dobre noto­wa­nia. Bli­sko Plat­formy, a chwi­lami ją nawet o punkt prze­bi­jał. Son­daże, robione pod koniec maja, wykażą czy te nie­śmiałe ruchy odnio­sły jaki­kol­wiek sku­tek. Wiele będzie zale­żało od pre­zesa. Na razie zare­ago­wał wezwa­niem na dywa­nik za dezer­cję smoleńską.



Jaro­sław Kaczyń­ski robi wra­że­nie czło­wieka, który emo­cjom pod­lega, ale im nie ulega i potrafi je wyko­rzy­sty­wać. Tak przy­naj­mniej sądzi­łem do nie­dawna. W jed­nym z trzech pra­wi­co­wych tygo­dni­ków – prze­pra­szam ich dzien­ni­ka­rzy; zapo­znaję się ze wszyst­kimi, ale mi się zle­wają w pamięci – prze­czy­ta­łem opis reak­cji Kaczyń­skiego na wynik wybo­rów pre­zy­denc­kich przed trzema laty. Na naj­wyż­sze popar­cie dla sie­bie, owe 47 pro­cent, spoj­rzał jak na szklankę do połowy pustą, bo nie został pre­zy­den­tem. Cnotę stra­ci­li­śmy, a rubla nie zaro­bili – skwi­to­wał – za stratę cnoty uwa­ża­jąc wyci­sze­nie sprawy smo­leń­skiej pod­czas kam­pa­nii wybor­czej. Od tego czasu Smo­leńsk się stał naj­waż­niej­szy. Pre­zes cza­sami potrafi o nim nie mówić, mówiąc o róż­nych pro­ble­mach kraju, ale to go chyba drogo kosz­tuje. Jaki­kol­wiek impuls wystar­czy by wyzwo­lić falę reto­ryki smo­leń­skiej – vide tro­tyl w ”Rzecz­po­spo­li­tej” – i za każ­dym razem jest ona bar­dziej rady­kalna. Jed­nych to utwier­dza w wie­rze, innych odstręcza.



Na ile doj­rzała demokracja




Duopol poli­tyczny, czyli domi­na­cja dwóch sił, stale bio­rą­cych naj­więk­sze kawały tortu i prze­ka­zu­ją­cych sobie w auten­tycz­nym star­ciu wła­dzę nie jest niczym złym w doj­rza­łej demo­kra­cji, co poka­zuje przy­kład Nie­miec, Fran­cji, Zjed­no­czo­nego Kró­le­stwa. Pod warun­kiem, że obie strony grają w tę samą grę i że żadna nie kła­dzie spluwy na stole. Dla przy­kładu raz jesz­cze – powta­rzam się bo to mi dało dużo myśle­nia – odwo­łam się do war­szaw­skiego wystą­pie­nia Angeli Mer­kel, kiedy jesz­cze przy­mie­rzała się do zosta­nia kanc­le­rzem. Usły­sza­łem wów­czas, że sta­ty­styczny Nie­miec ma na rękę pięć­dzie­siąt cen­tów z wypra­co­wa­nego przez sie­bie euro, a ona chce, by zatrzy­my­wał dla sie­bie sześć­dzie­siąt. Zmiana, ale nie przewrót.



Parę dni temu wystę­po­wał w War­sza­wie kolejny kan­dy­dat na kanc­le­rza, Peer Ste­in­bru­eck z SPD. Z jego wystą­pie­nia zapa­mię­ta­łem, że pań­stwo socjalne to dobra rzecz, co by świad­czyło, że u naszych sąsia­dów może nastą­pić prze­su­nię­cie w lewo. (Oso­bi­ście wolał­bym, aby nie nastą­piło) W Pol­sce w roku 2005 wyglą­dało na to, że PO i PIS grają w te sama grę. Że mogą albo two­rzyć ze sobą koali­cję – jak CDU/CSU z SPD – albo kon­ku­ro­wać o wła­dzę w tym samym pań­stwie. PIS swoją domi­na­cję zaczął wyko­rzy­sty­wać dla zmiany tego pań­stwa, którą odrzu­ciła więk­szość gło­su­ją­cych w roku 2007 i 2011.



Od tego czasu Jaro­sław Kaczyń­ski zaostrza spór mię­dzy tymi dwiema siłami. Wpi­suje go w zro­zu­miałą róż­nicę kul­tu­rową w spo­łe­czeń­stwie, zamie­nia­jąc ja w kon­flikt, czy zgoła wojnę, dwóch Polsk. Więk­szość wybor­ców nadal sobie tego nie życzy, ale też zaczyna mieć dosyć rzą­dzą­cej już drugą kaden­cję Plat­formy. Głów­nym pro­ble­mem sceny poli­tycz­nej staje się jej poten­cjalny zmien­nik. Próby stwo­rze­nia prze­ciw­wagi na lewicy zde­cy­do­wa­nie nie wycho­dzą. Praw­do­po­dob­nie dla­tego, że nie ma spo­łecz­nego zapo­trze­bo­wa­nia na lewicę. Skoń­czyć się może tym, że SLD zosta­nie dodat­ko­wym, obok PSL, koali­cjan­tem słab­ną­cej Plat­formy, a główną sił╣ opo­zy­cji wciąż pozo­sta­nie PIS.



Może to nazbyt śmiała inter­pre­ta­cja tego co zaczyna się dziać w Pra­wie i Spra­wie­dli­wo­ści, ale objawy zmę­cze­nia rady­kalną, głów­nie smo­leń­ską, reto­ryką mogą być próbą odcho­dze­nia od quasi wojny domo­wej – staje się ona domeną kon­ku­ren­cyj­nych rady­kal­nych gru­pek – i powrotu do cywi­li­zo­wa­nego sporu poli­tycz­nego w doj­rze­wa­ją­cej demokracji.



Ernest Skalski / Studio Opinii











Ernest Skalski: Safety first

Written By Anna Lesack on poniedziałek, 7 stycznia 2013 | 12:30


Pri­mum vivere, deinde phi­lo­so­phari.








Roz­wa­ża­nia o oso­bo­wo­ści Bre­ivika i jemu podob­nych misyj­nych mor­der­ców – MM – inte­re­sują mnie tylko o tyle o ile są przy­datne celem zabez­pie­cze­nia się przed nimi. Mło­do­ciany nar­ko­man nadaje się na obiekt reso­cja­li­za­cji, ale czło­wiek ogar­nięty potrzebą misji tak prze­możną, że wyma­ga­jącą zabi­ja­nia, musi być trwale pozba­wiony moż­li­wo­ści zabi­ja­nia i uka­rany naj­su­ro­wiej, jak dopusz­czają prze­pisy karne, któ­rym pod­lega.
Zabez­pie­cza­nie się przed takim jest trudne, ale moż­liwe. W stop­niu ogra­ni­czo­nym, lecz war­tym pod­ję­cia, skoro od tego zależy czy­jeś życie. A trud­ność polega na tym, że szu­kać trzeba nie­omal wszę­dzie. Al Kaida, tali­ban czy orga­ni­za­cja podobna, to na tym tle łatwi­zna. Wia­domo gdzie są, jak dzia­łają, jak pozy­skać w nich, lub wpro­wa­dzić do nich agen­tów. Inter­net, z kolei, sta­nowi narzę­dzie misyj­nych mor­der­ców, ale też daje poli­cjom moż­li­wość wglądu i choćby wyryw­ko­wego wyłu­ski­wa­nia kan­dy­da­tów na MM.

Po Nor­we­gii uwaga jest skie­ro­wana na to, co się nazywa rady­kalną, czy eks­tre­mi­styczną pra­wicą. Na szo­wi­nizm i kse­no­fo­bię, fun­da­men­ta­lizm, tym razem chrze­ści­jań­ski. Lecz nie wolno zapo­mi­nać o lewi­co­wym, czy jak kto chce, lewac­kim ter­ro­ry­zmie. Frak­cja Armii Czer­wo­nej w Niem­czech, Czer­wone Bry­gady i Pierw­sza Linia we Wło­szech. W Gre­cji od czasu do czasu mor­dują anar­chi­ści i jakaś odmiana komunistów.


A w ogóle poję­cia prawica-lewica w kla­sycz­nym euro­pej­skim zasto­so­wa­niu, gdzie pra­wicą są cha­decy czy kon­ser­wa­ty­ści a lewicą socjal­de­mo­kraci nie bar­dzo tutaj pasuje. Byleby kogoś zamor­do­wać, a idea się znaj­dzie. W Sta­nach ”obrońcy życia” mor­dują leka­rzy doko­nu­ją­cych abor­cji. Po prze­moc się­gają nie­kiedy fana­tyczni obrońcy zwie­rząt, czy eks­tre­mi­styczni zieloni.


I nie jest to żadna spe­cy­fika naszych cza­sów. Mor­do­wano w imię idei w ciągu całej, zna­nej nam histo­rii. Przy czym idee spla­tały się z inte­re­sami, ale to już jest łatwiej­sze do wytro­pie­nia. Nie­bez­piecz­nie się robi, kiedy mor­der­cze poczu­cie misji prze­ra­sta skalę stricte poli­cyj­nych zabie­gów i staje się pro­ble­mem poli­tycz­nym. Z lat odle­głego dzie­ciń­stwa, z powo­jen­nego okresu, zapa­mię­ta­łem fraszkę, nie pamię­ta­jąc, kto ją napi­sał i gdzie ją wyczytałem:


”Jeśliś zabił jed­nego czło­wieka

I cię zła­pią – stra­cona per­sona,
Jeśliś zabił miliony, to pocze­kaj,
Bo opi­nia będzie podzielona”

Kuba Roz­pru­wacz, który miał misję mor­do­wa­nia grzesz­nic, lon­dyń­skich pro­sty­tu­tek, nie ma nigdzie dobrej opi­nii i nie będzie miał, nawet jeśli kie­dyś się ustali, że to był czło­nek Izby Lor­dów i kawa­ler Orderu Pod­wiązki, przyj­mo­wany na dwo­rze kró­lo­wej Wik­to­rii. Ale taki Robe­spierre – dziś aku­rat, kiedy to piszę, 28 lipca, mija rocz­nica jego ścię­cia w 1794 roku – Lenin, Hitler, Pol Pot mieli i mają swo­ich admi­ra­to­rów. (Sta­lina i Mao tu nie zali­czam, bo sądzę, że dla nich aku­rat, zabi­ja­nie nie było dla nich żadną ideą, lecz sta­ran­nie skal­ku­lo­wa­nym interesem)


Wyobraźmy sobie, że Hitler i Bre­ivik zamie­niają się swo­imi miej­scami w histo­rii. Wydaje się, ze nor­we­ski eks­tre­mi­sta, będąc nieco bar­dziej wyga­da­nym, mógłby stwo­rzyć masowy ruch i zdo­być popar­cie umoż­li­wia­jące mu doj­ście do wła­dzy, w kraju, prze­ży­wa­ją­cym prze­graną wojnę i ude­rzo­nym przez wielki kry­zys eko­no­miczny. Nato­miast Hitler, żoł­nierz z doświad­cze­niem fron­to­wym, mógłby poza­bi­jać ludzi, ale w spo­koj­nej, boga­tej i zado­wo­lo­nej z sie­bie Nor­we­gii nie zdo­byłby zwo­len­ni­ków, ani szans na zdo­by­cie wła­dzy. Zarówno cha­ry­zma­tyczni mężo­wie stanu, obrońcy i wyzwo­li­ciele jak i poten­cjalni zło­czyńcy na wielka skalę muszą tra­fić na swój czas i na swoje miej­sce. Musi być na nich zapo­trze­bo­wa­nie, aby się mogli wyka­zać. Ostatni tacy prze­ja­wili się w Euro­pie w latach dzie­więć­dzie­sią­tych i ostatni z nich wła­śnie powę­dro­wał do Try­bu­nału w Hadze.


We współ­cze­snej Euro­pie ter­ro­ryzm poli­tyczny, pra­wi­cowy, lewi­cowy, muzuł­mań­ski, eko­lo­giczny i wszelki inny, groźny jest, bo zabija. Lecz nie wydaje się moż­liwe, by ruchy, dla któ­rych zabi­ja­nie jest ideą, były w sta­nie zdo­mi­no­wać życie spo­łeczne i poli­tyczne, stać się jed­nym z real­nych pre­ten­den­tów do wła­dzy. Oczy­wi­ście, z nie­śmier­tel­nym zastrze­że­niem; o ile się nie wyda­rzy nic, czego teraz nie jeste­śmy w sta­nie przewidzieć.


Kwe­stia muzuł­mań­skiej imi­gra­cji, która bywa – powta­rzam; BYWA! – źró­dłem ter­roru i pro­wo­kuje nie­kiedy – powta­rzam; NIEKIEDY! – ter­ror rodzi­mych szo­wi­ni­stów nie znaj­duje, jak na razie, dobrego pomy­słu na roz­wią­za­nie. Jest to ele­ment pro­cesu cywi­li­za­cyj­nego, a te nie bar­dzo pod­dają się inży­nie­rii spo­łecz­nej. Jak dotąd nasza cywi­li­za­cja dawała sobie radę ze strasz­li­wymi nie­kiedy pro­ble­mami – wielka wojna bia­łych ludzi; dwie świa­towe w ubie­głym wieku i wiele, wiele innych uprzed­nio – pła­cąc za to strasz­liwa cenę. Może uda się pro­blem tej imi­gra­cji roz­wią­zać nie tak wiel­kim kosz­tem. Gdy­bym wie­dział jak, pro­sił­bym już o Poko­jową Nagrodę Nobla.


Tu parę uwag o poli­cyj­nej stro­nie pro­blemu, bo ta – jak powie­dzia­łem wyżej – jest w naszych moż­li­wo­ściach.

Owszem, latam, ale z coraz więk­szą nie­chę­cią i nie z powodu mało praw­do­po­dob­nej kata­strofy, lecz z powodu nie­uchron­nej kon­troli bez­pie­czeń­stwa. Zwłasz­cza od kiedy w Gre­no­ble wylano mi koniak Meu­kow, nie­opatrz­nie podany degu­sta­cji przez szyję i wsa­dzony do torby pod­ręcz­nej. Kiedy jed­nak już się usa­dzę w kabi­nie, to żad­nego nie­po­koju nie budzi wemknie młody czło­wiek o bli­skow­schod­nim wyglą­dzie, bo wiem, że został tak samo obszu­kany jak ja. A to był oczy­wi­sty i dosyć nie­uprzejmy akt bez­pie­czeń­stwa. Dobre służby bez­pie­czeń­stwa dzia­łają tak, ze spo­kojny oby­wa­tel nigdy nie dowie się czy jest inwi­gi­lo­wany czy nie, ale zło­czyńca; aktywny czy poten­cjalny ma wie­dzieć, że wła­dza może nań mieć oko i ucho i być może je ma.

Nie ma co ukry­wać, że odbywa się to kosz­tem naszych swo­bód. Byle umiarkowanym… 




Ernest Skal­ski, Studio Opinii



 
Support : Creating Website | Johny Template | Mas Template
Copyright © 2011. 2 - All Rights Reserved
Template Created by Creating Website Published by Mas Template
Proudly powered by Blogger