.

.
Topics :

Label 7

moto
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Latest Post

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moto. Pokaż wszystkie posty

10 tys. zł za przekroczenie prędkości!? Tak, od listopada

Written By Anna Lesack on czwartek, 19 września 2013 | 13:45



Od listopada w Polsce obowiązywać zacznie znowelizowany Kodeks Drogowy. Zmiany wymusiła Unia Europejska. Kierowcy nie unikną już płacenia mandatów za wykroczenia popełnione za granicą








7listopada w Polsce obowiązywać zacznie znowelizowany Kodeks Drogowy - zmiany w ustawodawstwie wymusiła na nas Unia Europejska. Urzędnicy z Brukseli zobowiązali państwa członkowskie do utworzenia punktów kontaktowych odpowiedzialnych za wymianę danych właścicieli pojazdów przyłapanych na przekroczeniu prędkości przez fotoradary. Jest się czego obawiać, bowiem wymiana ta odbywać się będzie na zasadzie wzajemności, a ściganiem piratów zajmą się policje właściwe dla kraju, w którym dokonano wykroczenia.




W praktyce oznacza to, że jeśli zdjęcie zrobi nam niemiecki fotoradar, po tym, jak strona polska przekaże dane właściciela auta, na jego adres przyjdzie pismo wystosowane przez niemiecką policję. Wówczas nie będzie już mogło być mowy o żadnej pobłażliwości. Nowe unijne prawo zakłada bowiem, że jeśli właściciel auta nie wskaże jego kierowcy, sam zobligowany będzie do zapłacenia mandatu. Co więcej, jeśli będziemy zwlekać z jego uregulowaniem sprawą, automatycznie, zajmie się polski komornik.




Nowe przepisy mogą się okazać dla Polaków niezwykle dokuczliwe. Na tle innych krajów Unii Europejskiej maksymalna kwota mandatu w Polsce wydaje się bowiem śmiesznie mała. Dość przypomnieć, że np. we Francji możemy otrzymać mandat w wysokości 1500 euro, a na Łotwie - nawet 2500 euro, czyli - bagatela - 10 tys. zł!









Rodzima podwyżka



Ministerstwo Spraw Wewnętrznych na prośbę Komendy Głównej Policji rozważa możliwości zaostrzenia przepisów, w tym podwyżkę mandatów nawet do 2 tys. zł.




- Chodzi bardziej o mandaty wystawiane za szczególnie rażące naruszenia zasad ruchu drogowego. Chodzi o to, by móc podnieść kwotę bazową i wymierzać jeszcze większe mandaty" - mówił wiceszef MSW Marcin Jabłoński podczas obchodzonego w maju Europejskiego Dnia Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego.




W Polsce maksymalna wysokość mandatu za jedno wykroczenie to 500 zł (a w przypadku tzw. zbiegu wykroczeń – maksymalnie 1 tys. zł). Policjanci uważają, że to zbyt niska kara, nieadekwatna zwłaszcza za czyny szczególnie niebezpieczne. Kwota ta nie zmieniła się od 1995 r., podczas gdy średnia płaca wzrosła w tym czasie prawie pięć razy.

 | Interia/PolskaTheTimes/Motor | #end.













Najnowsze autobusy Solaris będą jeździć bez ładowania przez dobę

Written By Anna Lesack on piątek, 13 września 2013 | 02:52



Nie zanieczyszczają środowiska, są cichsze od spalinowych, pozwalają zaoszczędzić na paliwie. Elektryczne autobusy z Polski coraz częściej pojawiają się na ulicach europejskich miast. Firma Solaris szykuje się do zaprezentowania nowego modelu pojazdu, który będzie mógł kursować 24 godziny na dobę. Wszystko dzięki nowej metodzie ładowania na przystankach, przy pomocy dachowego pantografu.








Gdy autobus podjedzie na przystanek, pantograf będzie rozkładany, a po naładowaniu baterii pojazd będzie mógł jechać dalej – mówi Mateusz Figaszewski, rzecznik prasowy Solaris Bus & Coach. – To duży postęp, gdyż specjalne przerwy na uzupełnianie energii były dotąd główną przeszkodą w zakupie autobusów elektrycznych – dodaje Figaszewski.




Nowy model autobusu wyposażonego w ten system zostanie zaprezentowany przez firmę na Międzynarodowych Targach Transportu Zbiorowego TRANSEXPO w Kielcach w drugiej połowie września.












Solaris Bus & Coach w 2006 r. jako pierwsza firma w Europie zaprezentowała autobus z napędem hybrydowym – łączącym napęd spalinowy z elektrycznym. Obecnie jeździ ponad 200 tego typu autobusów: w Polsce, Norwegii, Francji, Niemczech i innych krajach Europy.





– Tego typu autobusy wykorzystują napęd elektryczny w jak największym stopniu, aby minimalizować zużycie napędu spalinowego. Dzięki takiemu rozwiązaniu udaje się uzyskiwać oszczędności w zużyciu paliwa nawet do 30 proc. – przekonuje rzecznik Solaris Bus & Coach.



Dwa lata temu firma zaprezentowała autobusy całkowicie elektryczne, a więc stuprocentowo bezpieczne dla środowiska. Obecnie Solaris oferuje kilka typów autobusów elektrycznych. Są to pojazdy o długości 9, 12 i 18 metrów, a także o różnych sposobach ładowania baterii.





– W zależności od tego, jaką infrastrukturą dysponują klienci, może to być autobus ładowany przez system plug-in, czyli z wtyczki lub bezdotykowo, indukcyjnie – mówi Figaszewski. – W tym drugim wypadku stacje ładowania montowane są pod jezdnią w obszarach przystanków autobusowych. Gdy autobus podjeżdża na przystanek, następuje ładowanie baterii. Ten system, podobnie jak jeszcze nowocześniejszy system ładowania dachowego, pozwala na znaczną oszczędność czasu – podkreśla Figaszewski.



Dotychczasowe, tradycyjne metody ładowania były bardzo czasochłonne. Na przykład Solaris Urbino Electric zasilany poprzez ładowarki, który wyjechał na ulice Warszawy w lipcu 2012 r., potrzebował półtorej godziny na uzupełnienie energii. Wystarczało to jedynie na przejechanie trasy 100 km. Z kolei wypożyczony przez krakowskie MPK na część stycznia 2013 r. autobus (również Solaris) potrzebował ładowania trwającego 4 godziny. Odbywało się ono w zajezdniach. W przypadku nowoczesnych metod ładowania, wystarczy kilkunasto- lub kilkudziesięciosekundowy postój na przystanku. /Newseria/ #end.













Nowinki techniczne w najnowszym Audi A8

Written By Anna Lesack on czwartek, 29 sierpnia 2013 | 16:43



W nowym Audi A8 kierunkowskazy mają formę zapalających się kolejno świetlnych segmentów. Dzięki temu sygnalizowanie manewru jest lepiej widoczne przez innych kierowców.








Każdy z migaczy zintegrowano z przednimi reflektorami składającymi się z 18 diod, ułożonych liniowo i zgrupowanych w 7 segmentach. Światła tylne, złożone z 24 diod w 8 segmentach, również dają możliwość zastosowania kierunkowskazów ze zdynamizowanym sposobem sygnalizowania. Po włączeniu migacza, bloki diod aktywują się w cyklu co 20 milisekund, kolejno od wewnątrz do zewnątrz, w kierunku skręcania.



Po 150 milisekundach świecą się wszystkie segmenty, a pełną moc świetlną osiągają po 250 milisekundach. Następnie cały kierunkowskaz wygasa i cykl rozpoczyna się od nowa. 25 diod w każdym reflektorze zapewnia emisję światła o zróżnicowanym natężeniu - gdy kamera pokładowa wykryje pojazdy nadjeżdżające z przeciwka, reflektory Audi Matrix LED odpowiednio redukują swój zakres, wyłączając lub przyciemniając poszczególne diody. Pozostałe świecą nadal jasnym światłem.



Ponadto reflektory Audi Matrix LED mają sterowaną nawigacją funkcję doświetlania zakrętów, a także w ramach pakietu "asystent jazdy nocą", specjalny system oświetlający pieszych na poboczu - ostrzegający ich przed naszym pojazdem i nas przed pieszymi.

Nowe Audi A8 zostanie zaprezentowane podczas Salonu Samochodowego we Frankfurcie. /Źródło: Audi Polska/ #end.













Nowa koncepcyjna Kia KED 10



10 września podczas IAA 2013 we Frankfurcie, swoją premierę będzie mieć koncept Kia KED 10, zapowiadający nowego, małego crossovera klasy B.






Tradycyjnie już Kia podczas każdego prestiżowego salonu samochodowego pokazuje swoje nowe koncepty. Nie inaczej będzie na zbliżających się targach motoryzacyjnych we Frankfurcie gdzie 10 września zaprozentowana zostanie koncepcyjna Kia KED 10 zapowiadająca nowego, małego crossovera klasy B.



Informacje na temat modelu są na razie ograniczone. Możemy już jednak zobaczyć pierwsze fotografie tego koreańskiego crossovera ukazujące przednią część pojazdu i wnętrze. Model ma wyraźnie rzeźbioną sylwetkę z muskularnymi nadkolami oraz elementami charakterystycznymi dla marki. Widzimy tu znajomy grill Kia oraz LED-owe światła do jazdy dziennej. Ponadto wypukłe nadkola oraz wykonany z włókna węglowego przedni spoiler. Futurystyczne wnętrze ma minimalistyczny wystrój, ograniczający się do kilku przełączników i pokręteł, wraz ze spłaszczoną u dołu kierownicą.





 #end.












Nadjeżdża nowy Duster

Written By Anna Lesack on środa, 28 sierpnia 2013 | 02:32



Nowa Dacia Duster, której premiera odbędzie się podczas najbliższego Salonu Samochodowego we Frankfurcie, zmienia swój wygląd, zachowując jednocześnie te elementy designu, które znacząco przyczyniły się do jej sukcesu i mocniej podkreślając cechy typowe dla aut z napędem 4x4. W Polsce Nowy Duster trafi do sprzedaży na przełomie listopada

i grudnia br.








Dacia Duster ma niezaprzeczalny wygląd auta 4x4.  Zmieniony został przód auta: zmodyfikowana, ozdobiona dwiema chromowanymi listwami osłona chłodnicy obejmuje nowy, obniżony wlot powietrza i nowe, dwufunkcyjne reflektory ze światłami do jazdy dziennej. Wprowadzone zmiany podkreślają stabilność auta oraz jego solidną, stworzoną do bezdroży budowę.



Wykorzystaliśmy do maksimum to, co od początku zadecydowało o atrakcyjności auta oraz proporcje nadwozia. Charakterystyczne dla niego elementy, takie jak osłona chłodnicy, zostały zmodernizowane. Ponadto wzmocniliśmy cechy typowe dla auta z napędem 4x4, przy zachowaniu jego zalet użytkowych. Nowy Duster ma jeszcze bardziej zdecydowany charakter, a jednocześnie zachowuje swoje pierwotne „geny” – David Durand, Dyrektor ds. Designu gamy Entry.



Nowe relingi dachowe z ażurowymi wspornikami i napisem „Duster” podkreślają

sportowo-rekreacyjny charakter auta. Nowe, aluminiowe, 16-calowe obręcze kół w kolorze „dark metal”, w połączeniu z oponami „Mud and Snow”, nadają sylwetce Nowej Dacii Duster bardziej dynamiczny wygląd.



Nowe tylne światła nawiązują do stylistyki przodu, w szczególności poprzez chromowane, ozdobne elementy. Uzupełnieniem zewnętrznych zmian stylistycznych, podkreślających osobowość Dustera, jest chromowana końcówka wydechu oraz nowe oznakowanie „4WD”.#end.













Otwórz samochód SMS-em!

Written By Anna Lesack on piątek, 9 sierpnia 2013 | 06:31



To, że technika rozwija się w zastraszającym tempie wiadomo nie od dziś. Tym razem zaskakuje nas w motoryzacji. Złodzieje znaleźli nowy, zaskakujący sposób na otwieranie samochodów.








Wszystkie nowe samochody są promowane obecnie jako wyjątkowo skomputeryzowane, w pełni czerpiące z najnowszych zdobyczy techniki. Czasami aż za bardzo. Przykładem jest na przykład Audi A6, w którym nie wymienimy wycieraczek samodzielnie. Dlaczego? Bowiem może to zrobić pracownik, tudzież mechanik, w warsztacie czy okręgowej stacji kontroli pojazdów, który podłączy samochód pod komputer i w ten sposób wymieni wycieraczki.



Kolejnym absurdalnym pomysłem jest aplikacja mobilna, która pozwala na otwarcie i uruchomienie najnowszych BMW. Technika ta, to znaczne ułatwienie dla hakerów i złodziei aut. Odkryto już bowiem metodę na otwieranie samochodów wyposażonych w moduły BMW Assist, GM OnStar, Ford Sync i Hyundai Blue Link. Udało się złamać protokoły komunikacyjne. To zaś pozwoliło na podszycie się pod operatora internetowego (GSM, CDMA, WiFi) i tym samym otwarzenie samochodu.



Takie odkrycie jest groźne nie tylko dla posiadaczy nowoczesnych samochodów, ale również dla innych mechanizmów, które opierają swoje protokoły komunikacyjne o sieci komórkowe. Mam tutaj na myśli przede wszystkim system kontroli ruchu drogowego, kamery przemysłowe, ale także systemy SCADA. Są one wykorzystywane najczęściej w fabrykach, elektrowniach , oczyszczalniach wody czy nawet w rafineriach.



Oczywiście metoda ta nie została upubliczniona. Jej twórcy nie maja zamiaru tego robić dopóki... producenci sprzętu i oprogramowania nie załataja usterki. Być może jest to tylko przestoga i niejaka aluzja do tego, aby twórcy tego pomysłu zabrali sie ostro do pracy i zadbali o bezpieczeństwo użytkowników. Niestety, doczekaliśmy sie czasów, gdzie do samochodu trzeba wgrywać aktualizacje, a kradzież samochodu odbywa sie za pomocą smsa, a nie wytrycha. To już chyba "lekka′ przesada, prawda?

/Stacjakultura/ #end.












Eksperyment drogowców: asfalt z domieszką opon.

Written By Anna Lesack on środa, 31 lipca 2013 | 00:04



W Pruszkowie powstaje droga w nowej, eksperymentalnej technologii. Dzięki dodaniu gumy ze zużytych opon do asfaltu nawierzchnia będzie bardziej wytrzymała i odporna na powstawanie kolein oraz spękań, a także bezpieczniejsza dla kierowców. Technologia ta, choć popularna na świecie, w Polsce wciąż nie jest rozpowszechniona. Już w przyszłym roku mogą pojawić się pierwsze kontrakty na budowę dróg w tej technologii.






Nową mieszankę mineralno-asfaltową opracował należący do STRABAG-u TPA Instytut Badań Technologicznych we współpracy z Politechniką Warszawską. Eksperymentalna droga w Pruszkowie ma nieco ponad 500 m długości, a położony na niej asfalt ma pozostać w bardzo dobrym stanie przez bardzo długi czas. Na części odcinka zostanie położony zupełnie nowy rodzaj nawierzchni drogowej, tzw. długowieczna nawierzchnia, która podczas 50 lat użytkowania wymaga tylko okresowej wymiany wierzchniej warstwy ścieralnej. Technologia produkcji asfaltu z domieszką gumy ze zużytych opon to efekt kilkunastu lat prac badawczych.



– Projekt rozpoczął się w 2011 roku, natomiast badania nad tą technologią trwają na Politechnice Warszawskiej właściwie już od prawie 20 lat. Spodziewamy się, że ta nawierzchnia będzie sobie radziła lepiej z polskim klimatem, który ze względów technologicznych jest jednym z najtrudniejszych klimatów. Mamy nadzieję, że nawierzchnia będzie przede wszystkim trwała – wyjaśnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Michał Sarnowski z Wydziału Inżynierii Lądowej Politechniki Warszawskiej.



Większa trwałość mieszanki oznacza, że w zimie nie będą się na niej tak prędko pojawiać spękania, natomiast latem – koleiny. To jednak nie jedyna różnica w porównaniu ze starszymi typami nawierzchni. Dr Igor Ruttmar, prezes zarządu TPA Instytutu Badań Technicznych podkreśla, że rewolucja polega również na tym, że stare opony, które do tej pory były spalane, będą wykorzystywane w mieszankach mineralno-asfaltowych nie jako odpad, lecz jako składnik poprawiający ich właściwości. Korzyści wykraczają poza ekologię.



– Mieszanka poprzez tę zawartość gumy nadtopionej w gorącym asfalcie ma dużo lepsze właściwości. Jest trwalsza, odporniejsza na zmęczenie, na koleiny, na spękania i na starzenie, bo asfalt też się starzeje tak jak każdy inny materiał budowlany – dodaje Ruttmar. – Specjalna tekstura nawierzchni wraz z zawarta w niej guma sprawia, że mieszanka stworzona w naszych laboratoriach powoduje wyciszenie. Dzięki zawartości gumy w tej mieszance przy kontakcie z oponą droga hamowania jest takze krótsza, czyli znacznie bezpieczniejsza.



Wybór odpowiednich składników do nowej mieszanki nie był prosty. Naukowcy z PW przebadali 60 rodzajów lepiszczy, by ostatecznie wybrać cztery. Około 15-18 proc. mieszanki będzie stanowił miał gumowy. Sarnowski podkreśla, że duże znaczenie ma dostępność granulatu gumowego, ponieważ na polskim rynku znajduje się wiele firm zajmujących się recyklingiem opon.



Choć technologie mieszania asfaltu z gumą istnieją już w innych krajach, np. w Szwecji, przeniesienie ich wprost na polski rynek nie było możliwe. Wynikało to ze stosowania innego rodzaju asfaltów.



– My mamy swoje asfalty ze swoich rafinerii, które powstały głównie z rop syberyjskich. Szwedzi mają swoje, mają też swoje dodatki gumowe. To wszystko powinno ze sobą współgrać. Okazuje się, że na przykład dodatki czy technologie ze Szwecji nie muszą sprawdzić się z polskimi asfaltami – mówi Sarnowski.



Budowa fragmentu drogi w Pruszkowie to na razie faza wdrożeniowej innowacyjnej technologii. Po jej zakończeniu i opracowaniu wyników, specyfikacji oraz katalogu mieszanek możliwe będzie zdobycie dla nowego pomysłu patentu. Sarnowski liczy, że dzięki temu cała branża drogowa będzie mogła korzystać z tych poprawionych mieszanek.



W ostatnim etapie projektu badawczego, dofinansowanego z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, STRABAG sprowadził specjalną maszynę do produkcji nowego typu asfaltu. Trafiła ona do Polski w maju tego roku.



Ruttmar podkreśla, że technologie „asphalt-rubber”, czyli asfaltu z domieszką gumy, są coraz popularniejsze na całym świecie. Liczy, że już wkrótce pojawią się w Polsce drogi budowane w tej technologii i przewiduje, że pierwsze kontrakty zostaną podpisane już w przyszłym roku./Newseria/ #end.











Lewe prawo jazdy? Z Ukrainy. Za grosze

Written By Anna Lesack on piątek, 26 lipca 2013 | 13:38



Wielu polski kierowców, w tym ciężarówek i autobusów jeździ na lewych papierach „made in Ukraina”. Urzędnicy są bezradni.








Życie bez prawa jazdy jest nieciekawe - czas rozpocząć przygodę życia – przekonuje Jarosław Drozdowski z Kijowa w swoim ogłoszeniu. I oferuje: „Kursy prawa jazdy na Ukrainie. 97 % zdawalności”. Ma konkurencję.



Podobną „przygodę życia” oferuje na jednym z forów internetowych Coxlondon3. Już bez poezji: „Kursy prawa jazdy na wszystkie kategorii. Podwyższanie kwalifikacji na wszystkie pojazdy. Miejsce kursu Kiov Ukraina”. Coxlondon jest obrotnym facetem. Jak trzeba to załatwi nie tylko prawko, ale i pracę dla spawaczy w Norwegii albo pakowaczy kwiatów w Birmingham. Im dalej w las tym więcej drzew. Okazuje się, że podobnych ofert w Internecie jest cała puszcza. Piszemy na dwa z podanych w nich adresów email. Po dwóch dniach wraca odpowiedź na pierwszy: „Zadzwoń pod numer X. Poproś Tarasa (imię ukraińskie) i powiedz, że poleca cie Rysz. Szym. Ze skrótu domyśli się o kogo chodzi. Powodzenia”. I na drugi, podobna: „516 190086 Pani Waleria. Solidna firma. Powie, co dalej. Powiedz, ze od BK, ona będzie wiedzieć”. I pan Taras i pani Waleria rzeczywiście są w temacie. Z rozmowy wynika, że oboje prowadzą szkoły nauki jazdy. On w Kijowie, ona – w Kiszyniowie. I zapraszają do siebie. Właściwie, po co? Na co komu ukraińskie prawo jazdy?



Luka prawna



Prawo o ruchu drogowym, dopuszcza wymianę prawa jazdy uzyskanego za granicą na polski dokument, bez egzaminu. Procedura trwa około miesiąca i kosztuje 71 zł. Warunek – stałe zameldowanie w Polsce. Ten niepozorny przepis miał ułatwić życie obcokrajowcom zatrudnionym w naszym kraju. Ale ułatwia cwaniakom. Bo kto nie zdawał prawka ten nie wie, że zrobienie go w Polsce przypomina łowienie ryby rękoma. I trudno i długo. W wielu ośrodkach szkolenia kierowców trzeba czekać nawet 2 miesiące na sam kurs. Potem trzeba go ukończyć. I zdać egzamin. Niewielu udaje się ta sztuka za pierwszym podejściem. Tymczasem wspomniana „luka” w przepisach, umożliwia załatwienie sprawy szybko i bezstresowo praktycznie każdemu, nawet osobom, które nie przeszły badań lekarskich. Ukraiński dokument wystarczy jedynie przedstawić w swoim urzędzie komunikacji i wymienić na polski. Na razie urzędnicy nie protestują. Bo i nie mogą.

Polskie przepisy nie przewidują, bowiem weryfikacji uprawnień zdobytych za granicą np.: w dodatkowego egzaminu.



Ukraińska robota.



Pytamy Tarasa o całą procedurę zdobycia prawa jazdy. Odsyła nas do polskiego pośrednika. To samo Waleria. Bo oni tylko szkolą. Piotr, mieszkaniec Przemyśla informuje:



- Wszystko trwa około miesiąca, w tym są dwa wyjazdy do Lwowa. Pierwszy

na 3 dni w celu zrobienia rejestracji, złożenia dokumentów na prawo jazdy i zameldowania. No i drugi wyjazd po około miesiącu na jeden dzień po odbiór prawa jazdy. W końcu otrzymujesz komplet legalnych dokumentów (zaświadczenie z milicji, dokument potwierdzający ukończenie kursu i zdania egzaminu no i prawo jazdy). Cena zależy od wybranych kategorii, do tego trzeba jeszcze doliczyć zakwaterowanie, kawalerki w centrum miasta 40 dolarów za dobę, wyżywienie no i dojazd (autobus z Warszawy 70zł). Potrzebny będzie tylko paszport. Pierwszego dnia trzeba zapłacić 400 dolarów (rejestracja i zameldowanie), potem około trzeciego dnia 50 procent pozostałej sumy no i za miesiąc resztę przy odbiorze – twierdzi Piotr.



Czyli w sumie ile?



- Kategoria B to około 1300 dolarów do tego gratis jest kat. A



Czyli taniej niż na polskim bazarze. A na ciężarówki i autobusy?



- Kategoria C to 1500 dolarów a na D - 1700 dolarów.



Słowem, każdy za jakieś 3 tys może stać się kierowcą 25 tonowego tira lub autobusu z wycieczką szkolna, choćby był ślepy, głuchy i jeździł na wózku inwalidzkim, bo badań lekarskich nie trzeba przechodzić. Wystarczy zameldowanie.



- Zgodnie z prawem ukraińskim do egzaminu na prawo jazdy może przystąpić obcokrajowiec, który jest zameldowany w tym kraju przynajmniej czasowo



A jak wygląda ten egzamin? W jakim jest języku, jaki materiał. No a co z jazdami? Wszystko przez 3 dni?



- Z egzaminem nie ma problemu, zdawalność sto procent - kwituje Piotr.



Ale jest? Piotr zbywa pytanie milczeniem.



Pytamy Tarasa.



- O egzamin się nie martw – uspokaja instruktor.



To samo Waleria:



- Zdasz na pewno. Wszyscy zdają – zapewnia Ukrainka.



Albo nas tam lubią albo przepisy mają kruche. Pytamy w innych szkołach w Kijowie. I wiemy, że ukraińskie przepisy niewiele się różnią od polskich. Aby uzyskać prawo jazdy trzeba: odbyć kurs, przejść badania medyczne, zdać państwowy egzamin.



- Kurs na kategorię B standardowo trwa 2, 5 miesiąca. Kurs teoretyczny kosztuje 1000 hrywien. Jazdy, jedna lekcja trwa półtorej godziny i kosztuje 70 hrywien a samochodem z automatyczną skrzynią biegów – 90. Kurs praktyczny obejmuje minimum 15 lekcji – informuje pracownik autoszkoły Karrat.

W innej dowiedzieliśmy się, że kurs kończy się państwowym egzaminem w DAI, który kosztuje 300 hrywien.



W sumie więc, mieszkaniec Kijowa ma prawo jazdy po minimum 2, 5 miesiącach co kosztuje go około1100 złotych. Czyli niecałe 500 dolarów.



Nasze informacje potwierdza Konsulat Generalny RP we Lwowie:



- Kurs prawa jazdy kat. „B” trwa przeciętnie 2,5 miesiąca i kosztuje we Lwowie 850 hrywien a w Kijowie nawet do 2500 hrywien. Sam egzamin przed DAI to wydatek od 250 do 360 hrywien – twierdzi wicekonsul Jan Romeyko-Hurko.



Więc jakim cudem Polak może je zrobić w kilka dni, za to dwa razy drożej? Jedyne sensowne wyjaśnienie – łapówka. Dla właściciela szkoły i państwowego egzaminatora.



Nasze przypuszczenia potwierdziła ambasada RP we Lwowie. Zdaniem wicekonsula Jana Romeyko-Hurko, część dokumentów może być „załatwiana” a ich posiadacze w ogóle nie przeszli szkolenia ani też nie zdawali egzaminów. Dowodem na to, według Romeyko, może być i fakt rosnącej liczby odmów potwierdzenia ukraińskich praw jazdy, jakie konsulat RP wysyła do DAI (ukraińska drogówka). Zdaniem wicekonsula – co piąte prawo jazdy jest fałszywe a to jedynie wierzchołek góry lodowej. Nie jest, bowiem tajemnicą, że władze Ukrainy nie mają oszałamiających sukcesów w dziedzinie walki z korupcją wśród urzędników.



W polskich wydziałach komunikacji nikogo jednak nie obchodzi, w jaki sposób Kowalski wszedł w posiadanie prawa jazdy. Bo i nie ma jak tego zweryfikować. Urzędnik może, co najwyżej zbadać pod światło czy ukraińskie prawo jazdy jest prawdziwe. Warto jednak pamiętać, że próba wyłudzenia polskiego dokumentu na podstawie oryginalnego acz bezprawnie wydanego w innym kraju jest przestępstwem zagrożonym karą więzienia. Przekręt doskonały? Do czasu, gdy kierowca z lewymi uprawnieniami będzie musiał zaparkować 20 tonową ciężarówką albo, co gorsze - na górskiej drodze nie wyhamuje autobusu ze szkolną wycieczką.



- Strona polska nie ma podstaw do ingerowania w zasady wydawania praw jazdy przez uprawnione ukraińskie organy. Rzeczpospolita Polska i Republika Ukrainy są stronami Konwencji o ruchu drogowym, sporządzonej w Wiedniu dnia 8 listopada 1968 r.



Artykuł 41 ust. 3 stanowi, że Umawiające się Strony podejmą niezbędne środki zmierzające do tego, aby krajowe i międzynarodowe prawo jazdy nie było wydawane na ich terytoriach bez należytego zagwarantowania umiejętności kierowcy oraz jego sprawności fizycznej. Zabezpieczeniem ze strony polskich organów przed wymianą ukraińskich praw jazdy uzyskanych niezgodnie z tam obowiązującymi przepisami jest obowiązek każdorazowego potwierdzania autentyczności dokumentu – twierdzi Teresa Jakutowicz z Ministerstwa Transportu.



Słowem, resort w tej sprawie jest bezsilny.



– Skala zjawiska nie jest duża. Z tego, co wiem to w ubiegłym roku wymieniono w Polsce około 20 praw jazdy z ukraińskich na nasze – twierdzi inny urzędnik tego resortu.



Sprawdziliśmy. Okazało się, że jest wręcz przeciwnie - proceder nasila się i to od dłuższego czasu. Wydział komunikacji przy Urzędzie Miasta w Lublinie już dwa lata temu wymienił 9 ukraińskich praw jazdy na polski odpowiednik. W zeszłym roku było ich już dwukrotnie więcej.



- Z naszych obserwacji wynika, że zjawisko wymiany zagranicznych praw jazdy na polski odpowiednik z roku na rok coraz bardziej przybiera na sile, od 1.1.2008 do dnia dzisiejszego wymieniliśmy 7 szt., wymiana ta dotyczy w znacznym stopniu kategorii B prawa jazdy, w mniejszym stopniu kategorii C – mówi Marta Ciesielska, Kierownik Referatu Praw jazdy w Lublinie, jednego z blisko 200 wydziałów komunikacji w kraju.



Papierowy problem



Polscy urzędnicy nie widzą możliwości rozwiązania problemu lewych praw jazdy z Ukrainy, w przeciwieństwie do ukraińskich.



- Obecne władze Ukrainy, mając świadomość tego procederu, wprowadziły niedawno obowiązek uzyskiwania zezwolenia ukraińskiego MSW na przyjęcie obcokrajowca do szkoły nauki jazdy – twierdzi Romeyko-Hurko.



Wicekonsul ma też pomysł dla naszych urzędników: wystarczy, że sprawdzą w paszporcie petenta pieczątki straży granicznej, wtedy będą wiedzieli czy przebywał na Ukrainie wystarczająco długo żeby legalnie zrobić prawo jazdy. Pomysł niezły, tylko jak zmusić obywatela żeby do urzędu zabierał paszport?



Patowa sytuacja? Nie, jest sposób. Skuteczny: zmienić system szkolenia kierowców w Polsce, bo kolejki oczekujących i niska zdawalność nie wzięły się z nikąd. W Belgii kandydat na kierowcę zdaje egzamin teoretyczny, do którego może się przygotować w domu lub pójść do szkoły. Koszt kursu w szkole to 100 euro (średnia płaca to 10 euro na godzinę). Egzamin kosztuje 15 euro. Na egzaminie jest 50 pytań, z czego musi być 82% poprawnych odpowiedzi, czyli można zrobić aż 9 błędów. Na Cyprze test teoretyczny składa się z 5 lub 6 pytań z kodeksu drogowego. Egzamin praktyczny trwa około 35 minut. Wyniku egzaminu ogłaszane są natychmiast. Prawo jazdy jest ważne przez całe życie. Koszt: 35 funtów cypryjskich. Tymczasem, polski rząd planuje kolejne zmiany w sposobie uzyskiwania praw jazdy. Na gorsze, bo egzaminy będą jeszcze droższe, jeszcze dłuższe i jeszcze bardziej skomplikowane. Więc i lewych praw jazdy ze wschodu będzie jeszcze więcej. A Polacy i tak mają opinię jednych z najgorszych kierowców w Europie a pod względem liczby wypadków śmiertelnych nie są w stanie nas przebić nawet Turcy. #end.













Z ITD można wygrać! Jak nie płacić mandatów

Written By Anna Lesack on środa, 10 lipca 2013 | 05:43



Otrzymanie mandatu z Generalnej Inspekcji Transportu Drogowego nie musi wiązać się z jego płaceniem przekonuje warszawski adwokat, który sądził się z GITD








Na polskich drogach trwa wojna pomiędzy Ministerstwem Finansów, Inspekcją Transportu Drogowego i policją z jednej strony a kierowcami z drugiej. Bój toczy się o pieniądze tych drugich, bo prawdziwym celem sieci fotoradarów jest zasilanie budżetu państwa pieniędzmi z mandatów za przekroczenie prędkości. Jednak w tej walce kierowcy nie są bezradni. I chociaż nie zachęcamy do niebezpiecznej jazdy i apelujemy o rozwagę za kierownicą, to jednak radzimy, jak uniknąć płacenia fotardarowego haraczu.



Większość kierowców wie, gdzie w ich okolicy, na trasach codziennych podróży, zastawiono fotoradarowe sidła. Nauczyli się nie wpadać w te pułapki. Problem pojawia się, gdy zdarzy się daleki wyjazd, np. na wczasy nad morzem, na Mazurach czy w Sudetach. Na nieznanej drodze łatwo „zarobić” błysk flesza, po którym otrzymuje się list z Generalnego Inspektoratu Transportu Drogowego (GITD) lub straży gminnej z odległej miejscowości.



Jedziesz przez Polskę, wjeżdżasz do niewielkiego miasteczka, zwalniasz i bezpiecznie przejeżdżasz miejscowość. Mijasz ostatnie skrzyżowanie i przed tobą długa prosta droga, a po bokach łąki. Przyspieszasz i… błysk flesza. Tablica kończąca obszar zabudowany stoi jeszcze kilkadziesiąt metrów dalej.







Tracisz czas stojąc w korkach na rozkopanych warszawskich ulicach. Robi się luźniej. Na dwujezdniowej ulicy przyspieszasz, by wyprzedzić ślamazarę gadającego przez telefon komórkowy i… błysk flesza. Podobnych sytuacji jest mnóstwo.



Kto kierował?

Kilkanaście dni później właściciel sfotografowanego samochodu otrzymuje list. GITD lub straż gminna informuje gdzie i kiedy samochodem popełniono wykroczenie zarejestrowane przez fotoradar. W kopercie są też trzy oświadczenia.



W pierwszym właściciel ma potwierdzić, że to on kierował samochodem, przyznaje się do popełnienia wykroczenia i podaje szczegółowe dane osobowe.



Drugie też ma wypełnić właściciel, jeżeli to nie on kierował. Wtedy obowiązany jest podać dane osoby, która siedziała za kierownicą. W piśmie przewodnim adresat straszony jest, że jeżeli nie poda danych kierującego, to zostanie ukarany za to, że na żądanie uprawnionego organu nie wskazał, komu powierzył pojazd do kierowania lub użytkowania. Jest to wykroczenie z art. 96 par. 3 kodeksu wykroczeń.



Trzecie oświadczenie także ma wypełnić właściciel pojazdu, w którym może napisać, że nie wie kto prowadził pojazd. Tu jest jednak luka prawna, która jest pierwszym sposobem na unikniecie płacenia mandatu.



Stare przepisy, a władza nowa

Przepis kodeksu wykroczeń pochodzi z czasów, gdy fotoradarów używała wyłącznie policja. Obecnie policjanci nie mają już tych urządzeń. System CANARD obsługuje Inspekcja Transportu Drogowego, a radary samorządowe są w gestii straży gminnych.



Zamiast więc wypełniać jedno z trzech oświadczeń najlepiej odręcznie napisać, że nie kierowało się wtedy samochodem, ale nie podawać też danych kierującego, dlatego że, mimo najszczerszych chęci, nie pamięta się, kto wtedy prowadził. Wtedy ITD (lub straż gminna) skieruje do sądu wniosek o ukaranie właściciela samochodu. Ale w sprawie o takie wykroczenie oskarżycielem publicznym może być tylko policja! ITD może występować w charakterze oskarżyciela publicznego tylko w sprawach przeciwko kierującym obwinionym o naruszenie przepisów ruchu drogowego. Niewskazanie kierującego nie jest naruszeniem przepisów ruchu drogowego, bo obowiązek ten nie wynika z prawa o ruchu drogowym.



ITD powinna więc wystąpić do policji, a dopiero policja ma prawo skierować wniosek do sądu. Jednak taka procedura byłaby zbyt praco- i czasochłonna. Dlatego ITD wnioski o ukaranie właściciela samochodu kieruje bezpośrednio do sądu. Tam obwiniony właściciel samochodu powołuje się na art. 17 par. 1, 3 i 4 kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia i wykazuje, że ITD nie ma w tej sprawie uprawnień oskarżyciela publicznego. Sąd powinien więc oddalić wniosek i takich orzeczeń już zapadło wiele.

Ta sama zasada prawna dotyczy postępowania straży miejskiej.



Piszcie „na Berdyczów”

Jednak pomysłowi internauci znaleźli proste sposoby, jak uniknąć sądowej procedury. Jeden z nich to taki, że właściciel samochodu wpisuje w oświadczeniu, iż samochodem kierował jego daleki kuzyn z Ukrainy lub z Białorusi. Fotoradary ITD na ogół robią zdjęcia od tyłu, więc kierującego nie widać. Nawet dobre jakościowo zdjęcie z przodu nie jest dowodem, że za kierownicą siedział właściciel, a nie jego bardzo podobny krewny zza wschodniej granicy.



Trzeba w oświadczeniu nr 2 wpisać wschodnio brzmiące imię i nazwisko. Autentyczny adres ze Lwowa, Odessy czy Grodna łatwo znaleźć na dowolnej internetowej mapie. Ani ITD, ani straż gminna nie mają narzędzi prawnych, by egzekwować mandaty od osób z krajów spoza Unii Europejskiej i postępowanie zostanie umorzone.



Jest to oczywiście oszustwo, do którego nie wypada namawiać. Wielu internautów twierdzi jednak, że żyjemy w państwie okupowanym przez urzędników, którzy traktują nas, obywateli, jak ludność podbitą. Każde nieposłuszeństwo wobec okupanta może być więc usprawiedliwione. Tak więc jest to problem natury moralno-etycznej i każdy musi w swoim sumieniu rozstrzygnąć czy może użyć takiego wybiegu. Jest też drugi, ostatnio najczęściej używany przez kierowców sposób. Otóż pismo z GITD należy po prostu zignorować i nie odpisywać w ogóle. Wtedy cała procedura ulega zawieszeniu. – W aktualnym stanie prawnym, pomimo podejmowanych prób, możliwość faktycznego egzekwowania odpowiedzi od kierowców, którzy ignorują wezwania wysłane przez Inspekcję, jest znikome – mówią w biurze prasowym GITD. Urzędnicy próbują co prawda przeciwdziałać temu procederowi i po kilku monitach kierują sprawy do sądu, ale ten spraw nie podejmuje uważając, że GITD nie jest uprawnionym oskarżycielem.



Z ITD można wygrać

O tym, że otrzymanie mandatu z Generalnej Inspekcji Transportu Drogowego nie musi wiązać się z płaceniem za niego przekonuje Artur Wdowczyk, warszawski adwokat, który sądził się z GITD: – Kiedy dostałem mandat za przekroczenie prędkości, doszedłem do wniosku, że trzeba to wyjaśnić, więc pojechałem do GITD. Poprosiłem o zdjęcie z tego fotoradaru, nie pamiętałem bowiem, kto wtedy prowadził mój samochód, ponieważ było to kilka miesięcy temu. Na miejscu nikt nie chciał pokazać mi zdjęcia. Po długiej dyskusji wreszcie się udało. Tyle tylko, że było ono zupełnie nieczytelne, ciemne. Nie można było rozpoznać, kto siedzi za kierownicą. Nie mogłem więc wskazać kierowcy, który prowadził samochód w momencie popełnienia wykroczenia. Przecież nie będę kłamał. Inspektorzy chcieli mnie więc ukarać mandatem za odmowę wskazania kierowcy, który prowadził pojazd w momencie złamania przepisów. Do podania takiej informacji zobowiązuje kierowcę prawo o ruchu drogowym (art. 78 ust. 4). Z kolei art. 96 ust. 3 kodeksu wykroczeń przewiduje karę za odmowę wskazania kierowcy – maksymalnie 500 zł mandatu, a gdy kierowca odmówi jego przyjęcia, maksymalnie 5000 zł grzywny nakładanej przez sąd. Ja odmówiłem przyjęcia mandatu, bo nie rozumiem, dlaczego miałbym być ukarany za to, że czegoś nie wiem. Przecież to nienormalne, prawo jak za czasów stalinowskich. Sprawą zajął się Sąd Rejonowy dla Warszawy Mokotowa. Przeanalizował przepisy i wydał wyrok, że inspekcja nie ma uprawnień, by mnie karać, po czym umorzył sprawę.



Nielegalne fotoradary?

Jeżeli uważasz, że w chwili zrobienia zdjęcia jechałeś z dopuszczalną prędkością, to możesz dochodzić swoich racji w sądzie. Odmawiasz ITD zapłacenia mandatu i po skierowaniu sprawy do sądu oglądasz zdjęcie. Wcześniej nie zostanie ci ono okazane.



Jeśli na zdjęciu oprócz twojego samochodu jest choćby fragment innego pojazdu, to zgodnie z instrukcją każdego fotoradaru, zdjęcie nie jest dowodem wykroczenia.

Jeżeli zdjęcie zostało wykonane fotoradarem Fotorapid CM, to łatwo taki dowód obalić w sądzie. Otóż Fotorapidy CM uzyskały homologację Głównego Urzędu Miar w 2008 roku. Wtedy instalowano w nich Nikony D200. Od ponad dwóch lat w Fotorapidach CM montowane są Nikony D300s sprzedawane od 2009 r., ale nowej homologacji nie przeprowadzono.



Każdy egzemplarz fotoradaru jest legalizowany, ale jest to tylko kontrola poprawności działania fotoradaru, który musi być całkowicie zgodny ze świadectwem homologacji. Najnowsze Fotorapidy CM są inne niż przedstawiony do homologacji, bo mają inny aparat i zmienione, dostosowane do aparatu, oprogramowanie komputera.. Zdjęcie z urządzenia niezgodnego z homologacją nie może być podstawą do ukarania za wykroczenie.



Nieskuteczne widerejestratory

Policja nadal kontroluje prędkość. Używa do tego ręcznych radarów Iskra i wideorejestratorów. Łatwo można uniknąć kary za nagranie z wideorejestratora. Wystarczy grzecznie odmówić policjantom przyjęcia mandatu. Funkcjonariusze skierują wtedy do sądu wniosek o ukaranie, a sąd wyda wyrok w postępowaniu nakazowym. Kierowca otrzyma taki wyrok wraz z wnioskiem policji. W tym wniosku wpisane będzie, że dowodem wykroczenia jest nagranie. Będzie podany typ i numer rejestratora, data i godzina nagrania. Trzeba złożyć sprzeciw od takiego nakazu uzasadniając, że w danym miejscu i czasie jechało się z dopuszczalną prędkością.



Sprawa trafi do postępowania zwykłego. Rozprawa odbędzie się co najmniej pół roku od zarejestrowania wykroczenia. Obwiniony powinien przed sądem poprosić o okazanie dowodu wykroczenia, czyli zgodnie z wnioskiem policji – nagrania wideo. To nagranie będzie już dawno skasowane, a do wniosku dołączone będzie jedynie zdjęcie, tak zwana stop klatka. Jednak dowodem jest nagranie, a nie stop klatka. Wobec braku właściwego dowodu, sąd powinien oddalić wniosek.



Nie daj się fotografować

Opracowano też wiele systemów i sposobów unikania „pozowania” do kosztownych zdjęć.



Najpopularniejszym i bardzo skutecznym jest zainstalowanie w samochodzie CB-radia. Urządzenie kosztuje od 100 do 1500 zł. Kierowcy na trasie ostrzegają się o czynnych fotoradarach, patrolach policji i ITD, a także o korkach i wypadkach.



Yanosik kosztuje około 400 zł. Terminal kupuje się za 300 zł i niespełna 100 zł roczny abonament. W czasie promocji można zaoszczędzić kilkadziesiąt złotych. Urządzenie informuje o zbliżaniu się do fotoradaru, patrolu policji lub ITD, a także o korkach i wypadkach. Pozwala też na wyznaczenie najkorzystniejszej trasy podróży z uwzględnieniem aktualnych utrudnień – korków lub wypadków. Nawigacje GPS nie tylko nawigują po trasie, ale także przypominają o stacjonarnych fotoradarach. Kosztują od 100 do 2000 zł. Wszystkie te systemy są całkowicie legalne.



W Polsce nie wolno natomiast stosować dość popularnych wśród kierowców antyradarów. Nie polecamy też różnych sprayów odblaskowych. Są dość drogie, a spryskanie nimi tablic nie utrudnia odczytania numerów ze zdjęcia zrobionego z filtrem polaryzacyjnym lub wykonanego w podczerwieni.



Metod uniknięcia mandatu za zdjęcie z fotoradaru jest wiele, a dobry adwokat łatwo potrafi obronić kierowcę przed sądem. Czy jednak koniecznie musimy wchodzić na uciążliwą i kosztowną drogę prawną?



Nam wydaje się, że najskuteczniejszym rozwiązaniem jest wspomniany wcześniej sposób „na kuzyna cudzoziemca”. W razie wpadki wystarczy w oświadczeniu dla ITD wpisać, że samochodem kierował np. Grigoij Saakaszwili zamieszkały w Tibilisi…



Przede wszystkim jednak apelujemy o rozważną i bezpieczną jazdę./supernowosci24/



Nowe modele Chevroleta z Gliwic? Rząd rozmawia z General Motors

Written By Anna Lesack on czwartek, 4 lipca 2013 | 06:39

Nowe modele Chevroletów mogą być produkowane w fabryce w Gliwicach. Nie wyklucza tego wicepremier i szef resortu gospodarki, Janusz Piechociński, który prowadzi na ten temat rozmowy z kierownictwem koncernu General Motors. Dalsze inwestycje w Polsce zapowiada też Toyota.

możliwości produkcji nowych modeli Chevroleta w Polsce mówi się co najmniej od kilku miesięcy. Teraz ta sprawa wchodzi w etap finalizacji.



– Nie łówmy ryb przed siecią – tonuje nastroje Janusz Piechociński. – Prowadzimy poważne rozmowy na ten temat.



Wicepremier i minister gospodarki spotkał się niedawno w tej sprawie z jednym szefów General Motors na Europę. Teraz wystosował list do kierownictwa koncernu, do którego należy marka. Zapewnił w nim o naszym zainteresowaniu przyciąganiem nowych inwestycji i zaangażowaniu w ten proces ze strony polskiego rządu.



– Gliwice nie tylko w obszarze Opla Kaskady pokazały bardzo wyraźnie, że można z wielkim sukcesem zaimplementować w polskiej przestrzeni motoryzacyjnej najnowsze, wymagające modele, przyciągnąć nowe etaty konstruktorskie, projektowe czy testowe – mówi Piechociński. – Mamy świetny kapitał ludzki, świetne uczelnie, silne ośrodki badań i rozwoju.



Tym bardziej, że w ramach kolejnej perspektywy budżetowej Unii Europejskiej na lata 2014-2020 duża część środków, o które się staramy ma być adresowana na działania badawcze i prorozwojowe. Po to właśnie, by dać nowy impuls polskiej gospodarce.



Zdaniem Janusza Piechocińskiego koncern General Motors, podobnie zresztą, jak inni producenci samochodów powinien zdawać sobie sprawę, że inwestycje w Polsce będą opłacalne. .



– Wczoraj miałem okazję spotkać się z ważnym przedstawicielem Toyoty, która ma w Polsce dwa zakłady silników i skrzyń, zapewnia ponad 2 tys. miejsc pracy – mówi wicepremier.



To kolejna wizyta strony japońskiej w Polsce. Dwa tygodnie temu gościł w naszym kraju premier Japonii, Shinzo Abe.



– Cieszę się, że kapitał japoński i polityka japońska, dyplomacja mówią wprost: chcemy, tak jak na początku lat 90 widzieć w Polsce najważniejszego partnera w regionie, partnera przyjaznego, stabilnego, otwartego na inwestycje i otwartego na innowacyjność – mówi Piechociński.



Zdaniem ministra gospodarki nie jest to tylko kurtuazja, a za deklaracjami przyjdą konkretne działania, które przełożą się na kolejne, japońskie inwestycje w Polsce. /Newseria/



Nowa forma pozyskiwania samochodów przez małe firmy

Written By Anna Lesack on wtorek, 25 czerwca 2013 | 02:07



Długoterminowy wynajem samochodu zamiast kredytu albo leasingu. Dotychczas z wynajmu korzystały tylko duże przedsiębiorstwa, teraz taką możliwość będą miały także małe firmy. W Polsce wynajem udostępniła m.in. Toyota. W Europie i na świecie z tej formy finansowania korzysta coraz więcej małych i średnich przedsiębiorców.



 








Do tej pory z wynajmu floty samochodowej korzystały przede wszystkim duże korporacje, m.in. firmy transportowe czy przedsiębiorstwa, zatrudniające wielu przedstawicieli handlowych.



– Wyszliśmy z założenia, że trzeba wyrównać szanse, dać drobnym przedsiębiorcom coś, co już mają i z czego korzystają firmy na Zachodzie oraz duże korporacje w Polsce – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Mirosław Krawczyk, dyrektor ds. sprzedaży flotowej Toyota Bank. – Tworząc program, bazowaliśmy na doświadczeniach naszych kolegów m.in. z Wielkiej Brytanii, gdzie funkcjonuje to z dużym powodzeniem. W Europie Zachodniej z tej formy użyczenia samochodu czy też jego finansowania korzysta 40-60 proc. przedsiębiorców.



Opracowany przez Toyotę SmartPlan to usługa kompleksowa, która z założenia ma w minimalnym stopniu angażować zarówno pieniądze przedsiębiorcy, jak i jego czas i uwagę.



– To my dla klienta kupujemy np. ogumienie, dbamy o to, żeby w odpowiednim czasie je wymienić, informujemy o wszystkich czynnościach serwisowych i podstawiamy samochód zastępczy – tłumaczy Krawczyk.



Pod tym właśnie względem SmartPlan różni się zasadniczo od zwykłego leasingu. W tym drugim przypadku mamy bowiem do czynienia tylko i wyłącznie z finansowaniem.



Mała firma w ramach programu SmartPlan może wynająć pojazd w Toyocie na dwa, trzy lub cztery lata, regulując przy tym od 0 do 40 proc. opłaty wstępnej. Oznacza to, że nie trzeba mieć wkładu własnego, by skorzystać z oferty. Należy jedynie przejść proces weryfikacyjny, tzn. firma jest sprawdzana pod kątem jej zdolności do terminowego regulowania rachunków.



– Warunki oceny są w zasadzie bardzo zbliżone do kryteriów, które mamy w leasingu – mówi dyrektor ds. sprzedaży flotowej Toyota Bank. – Namawiamy przedsiębiorców do wyboru wariantu, w którym nie angażują własnego kapitału, tzn. nie wpłacają opłaty wstępnej, po okresie użytkowania zwracają samochód i ewentualnie, jeśli usługę oceniają pozytywnie, to wynajmują następny pojazd.



Wynajem samochodu na okres kilku lat staje się realną alternatywą dla tradycyjnych form finansowania, jak kredyt czy leasing. Niższa miesięczna rata oraz szereg dodatkowych usług, takich jak ubezpieczenie czy serwisowanie, które na własne barki bierze wynajmujący, przekonują coraz większą grupę klientów.



– Chcieliśmy stworzyć dla przedsiębiorców małych, drobnych, jednoosobowych działalności gospodarczych produkt, który wyjdzie naprzeciw ich oczekiwaniom, czyli chcieliśmy zaoferować coś, co da im pewność, przewidywalność wydatków i możliwość skoncentrowania się przede wszystkim na swojej działalności – mówi Mirosław Krawczyk, dyrektor ds. sprzedaży flotowej Toyota Bank. /Newseria/












MF: Likwidacja punktów karnych dopiero po opłaceniu mandatu?

Written By Anna Lesack on poniedziałek, 24 czerwca 2013 | 04:17



Ministerstwo Finansów proponuje wprowadzenie przepisów, które skłoniłyby Polaków do dobrowolnego płacenia mandatów w terminie. Takim rozwiązaniem mogłaby być na przykład możliwość ubiegania się o prawo jazdy dopiero po uregulowaniu zaległych należności. Obecnie ponad połowę mandatów trzeba egzekwować, często od osób młodych, uczących się i bez własnych dochodów. Według resortu to rozwiązanie ostateczne. 



 








– To jest problem przede wszystkim działań po stronie wierzyciela, który powinien stosować wszystkie możliwe środki, żeby doprowadzić do likwidacji tych należności. Mówimy o tym, aby komunikować się ze zobowiązanym, żeby zachęcać ukaranych do tego, aby płacili swoje długi. Egzekucja jest ostatecznością i de facto nie chcemy jej w ogóle stosować – mówi Grzegorz Mróz, zastępca dyrektora departamentu administracji podatkowej w Ministerstwie Finansów.



Mróz podkreśla, że celem resortu jest doprowadzenie do sytuacji, w której ukarani mandatami Polacy płacą je dobrowolnie. Poza przypomnieniami ze strony instytucji państwowych nakładających mandat, w prawie powinny znaleźć się zapisy skłaniające do regulowania należności o czasie.



Według Mroza przykładowym rozwiązaniem mogłaby być likwidacja punktów karnych dopiero po zapłaceniu mandatu. Obecnie kierowcy, którzy otrzymali mandat, mogą zlikwidować swoje punkty karne poprzez specjalny kurs niezależnie od tego, czy zapłacili karę.



– To byłoby głównie skuteczne wobec osób, które nie mają majątku. Na przykład młode osoby, korzystające z samochodu rodziców, które uważają, że są bezkarne, ale zależy im na prawie jazdy. W sytuacji gdyby były zmuszone do zmniejszenia swoich punktów karnych, znalazłyby się pieniądze również na zapłacenie mandatu – wyjaśnia Mróz.



Według niego w każdym państwie są ludzie, którzy unikają płacenia mandatów, podobnie jak podatków czy innych zobowiązań publiczno-prawnych.



W tej chwili polskie instytucje mają do dyspozycji głównie narzędzia związane z egzekucją zaległości.



– Każde z nich opiera się na przymusie: zajęcie rachunku bankowego, zajęcie pensji, zajęcie ruchomości. Oczywiście jest kwestia kosztów egzekucyjnych – to jest element, który wymaga poprawy tak aby one też były dolegliwe dla zobowiązanych. To wprawdzie nie jest korzystne dla naszych dłużników, ale taka jest rola kary, powinni oni poczuć, że jak doprowadzają do egzekucji, to musi ich to kosztować – uważa urzędnik resortu finansów.



Mróz podkreśla, że wysokie koszty egzekucji mogą zachęcić Polaków do dobrowolnego i terminowego płacenia mandatów. Wymaga to jednak usprawnienia technicznego metod egzekucji takich należności, bo obecnie aż ok. 30 proc. nałożonych kar nie udaje się w ogóle wyegzekwować.



Jak wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli, Polska traci rocznie 100 mln złotych z uwagi na przedawnienie mandatów, których nie udaje się wyegzekwować. Tylko 47 proc. mandatów i kar administracyjnych jest płaconych w terminie. Kolejnych 20 proc. udaje się ściągnąć w wyniku postępowania egzekucyjnego. Reszta pozostaje niezapłacona. Na koniec 2011 r. zaległości z poprzednich lat wyniosły 609 mln zł – niemal dokładnie tyle samo, ile roczne wpływy z mandatów i kar administracyjnych. /Newseria/




 










TOP 10: najdroższe samochody świata

Written By Anna Lesack on sobota, 22 czerwca 2013 | 04:15





Wyobraźmy sobie, że właśnie "trafiliśmy" szóstkę w Totka, albo nieoczekiwanie ktoś z dalekiej rodziny obdarzył nas gigantycznym spadkiem. Pytanie co dalej? Na co wydać fortunę? Z pewnością, jedną z "żelaznych" pozycji na liście nieoczekiwanych zakupów zajmie samochód. Pytanie jaki? Pozwólmy zaszaleć wyobraźni: porsche 911 GT3, range rover, maserati GranTurismo, Lamborghini

Gallardo LP560-4 a może jaguar F-Type? Porsche Cayenne Turbo S, a może idźmy na całość: mercedes SLS AMG GT czy Bentley Flying Spur? Cóż, w pewnych kręgach nawet posiadając jeden z tych samochodów (lub nawet 2 lub 3) i tak uchodzić będziemy za parweniuszy, a parkingowy wskaże nam miejsce za pałacem. Prawda jest taka, że wymienione samochody - kosztujące około 150 tys euro - nie są nawet warte części podatku VAT jaki trzeba zapłacić za najdroższe samochody świata. oto gorąca dziesiątka (do ceny należy doliczyć podatek VAT)



 



 






















Lamborghini Veneno: najdroższy samochód świata

Written By Anna Lesack on czwartek, 20 czerwca 2013 | 02:51

Lamborghini Veneno to prawdopodobnie najdroższy samochód świata. Kosztuje tyle co... 15 Rolls Royców Ghost i jest o 1 mln euro droższy od Bugatti Veyron SS. 

 

Veneno jest wyposażony w 6,5-litrowy, wolnossący silnik V-12, siedmio-biegową zautomatyzowaną skrzynię biegów i stały napęd na wszystkie koła. Bolid przyśpiesza od zera do 100km/h  w 2,8 sekundy. Prędkość maksymalna  to 320 km/h. Kosztuje €2,989,000. Plus VAT! Podobnie jak w przypadku wszystkich innych supersamochodów Lamborghini, nowy Venevo bierze swoją nazwę od areny walki: Veneno jest jednym z najsilniejszych i najbardziej agresywnych byków  w historii corridy. 



Dla porównania: Land Rover Range Rover kosztuje 'raptem' €65,000. Porsche 911 GT3 - €116,500. Lamborghini Aventador - €289,000 a najnowsze Ferrari LaFerrari - €1,160,000











 

Polska ma najwięcej stacji autogazu w UE. Podniesienie akcyzy może to zmienić

Written By Anna Lesack on wtorek, 4 czerwca 2013 | 01:33



W Polsce jest aż 5,6 tysiąca stacji z autogazem. W Unii Europejskiej jesteśmy pod tym względem liderem, a w Europie wyprzedza nas tylko Turcja. By utrzymać rozwój rynku autogazu w Polsce, akcyza na to paliwo nie może rosnąć – mówi prezes Polskiej Organizacji Gazu Płynnego. Polacy wciąż chętnie montują instalacje gazowe, bo ich koszt przy obecnych cenach zwraca się już po niecałym roku. Po naszych drogach jeździ 2,6 mln takich pojazdów.



 








Akcyza od kilku lat jest utrzymywana na tym samym, zbliżonym do europejskiej średniej poziomie. W przyszłość w dużej mierze zależeć będzie od decyzji Komisji Europejskiej, dotyczących opodatkowania nośników energii i ich przełożenia na polskie prawo. Jednak w najbliższym czasie nie spodziewa się podwyżek.



– Jest to produkt wyjątkowo wrażliwy na wszelkie działania władz fiskalnych, w tym na opodatkowanie. Jeśli zwiększy się akcyza, to ten rozwój rynku może stanąć pod znakiem zapytania, ale w Europie jesteśmy jednoznacznie utożsamiani jako doświadczeni w autogazie, potentaci w skali światowej – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Andrzej Olechowski, dyrektor Polskiej Organizacji Gazu Płynnego.



Instalacja LPG w samochodzie wciąż jest bardzo opłacalna. Średnia cena autogazu wynosi w tej chwili ok. 2,37 zł i jest ponad dwukrotnie niższa od ceny oleju napędowego. Nawet uwzględniając lekki wzrost spalania po montażu instalacji gazowej, kierowcy mogą zmniejszyć wydatki o połowę. Dzięki temu już po niecałym roku inwestycja się zwraca.



„Nie oszczędzać na instalacji”



Przyznaje on, że pomimo dużej liczby aut z instalacją gazową cześć Polaków nadal podchodzi sceptycznie do tego rozwiązania. Według Olechowskiego wynika to między innymi z tego, że autogaz jest nowym paliwem.



– Benzyna czy olej napędowy są to paliwa z długą historią, przed wojną już były znane, a LPG jest paliwem młodym i to dojrzewało, dojrzewa i nadal trwa jeszcze przełamywanie pewnych oporów, nieufności i braku pewności – mówi Olechowski.



Według niego Polacy nie rozumieją do końca specyfiki tego paliwa. Obawiają się tzw. zakręcenia kurka, czyli zmniejszenia dostaw gazu. Popularne jest też przekonanie o szkodliwości autogazu dla silników. Wiele osób uważa, że to paliwo gorsze od tradycyjnych.



Olechowski podkreśla jednak, że w rzeczywistości autogaz jest paliwem bardziej ekologicznym oraz ekonomicznym. Istnieją wprawdzie różne opracowania, ale według niego po doborze odpowiedniej instalacji gazowej kierowcy odczują ulgę w portfelu bez szkody dla samochodu.





– Najważniejsze dla kierowcy, potencjalnego użytkownika, jest dobranie właściwej instalacji do swojego samochodu. Nie należy na tym oszczędzać, tylko poszukać warsztatów, porównać i pobrać odpowiednią generację, odpowiednią instalację, zapłacić więcej i nie będzie problemów – zaznacza Olechowski.




W Europie stopniowo znikają instytucjonalne przeszkody dla rynku autogazu, takie jak zakazy korzystania z parkingów podziemnych przez samochodu z napędem LPG. Odstępuje od tego Portugalia, a również w innych krajach powstały na ten temat opracowania naukowe.



– Odstępuje się od tego zakazu. Mam nadzieję, że i u nas przebijemy się ze świadomością, że ten gaz nie jest tak niebezpieczny jak czasami jest kreowany, i że ten zakaz zostanie zniesiony – podkreśla prezes Polskiej Organizacji Gazu Płynnego.



Olechowski zwraca równocześnie uwagę, że część przeszkód dla autogazu może wynikać z lobbingu przedstawicieli innych branż, którym przeszkadza ta konkurencja. /Newseria/




 










Teraz sprawdzisz historię każdego auta w Polsce!

Written By Anna Lesack on środa, 22 maja 2013 | 06:28

Aplikacja w telefonie pozwala poznać historię szkodowości samochodu i jego szacunkową wartość do ubezpieczenia. Handlarze nie są zachwyceni tym pomysłem.


Kupujesz samochód z drugiej ręki. Mamy dobrą wiadomość. Generali udostępnia specjalną aplikację na komórkę, dzięki której w ciągu kilku minut każdy - nie tylko klient Generali - może sprawdzić historię pojazdu i ewentualnie zweryfikować zapewnienia sprzedawcy jego o "bez wypadkowości".




Sposób okazał się banalnie prosty i zarazem skuteczny. Otóż, Generali  daje użytkownikom dostęp do bazy danych Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego, który prowadzi ewidencję polis i szkód z ostatnich pięciu lat. Aplikacja pozwoli nie tylko poznać wykaz szkód, ale także ich wartość, a więc samemu oszacować czy była to naprawa szyby, czy raczej poważny wypadek. A to wszystko dostępne tylko na podstawie zeskanowanego 2D AZTEC kodu z dowodu rejestracyjnego auta.



- Instytucje finansowe z reguły nie wykorzystują w pełni możliwości platform mobilnych, bo też nie jest to zagadnienie łatwe. Problem z aplikacjami mobilnymi na rynku ubezpieczeniowym polega m.in. na tym, że Klienci korzystają z nich tylko wtedy, kiedy muszą zlikwidować szkodę bądź wystąpić z wnioskiem o wypłatę świadczenia. A taka funkcjonalność z definicji adresowana jest do ledwie kilku procent klientów. Budując ‘Generali Auto’ chcieliśmy stworzyć narzędzie o wielu funkcjonalnościach, z którego Klienci będą chcieli korzystać dużo częściej, niż tylko w przypadku zgłoszenia szkody czy zakupu polisy. Dodatkowo przyświecała nam idea budowania świadomości zakupowej kierowców i przestrzeganie przed zakupem pojazdów o niepewnym pochodzeniu, co jest możliwe dzięki sprawdzaniu historii szkodowej samochodu podczas kalkulacji składki. – powiedział Artur Olech, Prezes Zarządu Grupy Generali w Polsce.


Po zeskanowaniu tzw. 2D AZTEC kodu z dowodu rejestracyjnego użytkownik aplikacji Generali może sprawdzić szacunkową wycenę pojazdu, wykorzystując informacje z bazy danych firmy Eurotax. Choć wycena jest szacunkowa – tzn. finalny koszt pojazdu jest uzależniony od szczegółów wyposażenia dodatkowego w danym samochodzie – to Generali dołożyło wszelkich starań, aby kalkulacja ceny pojazdu była maksymalnie dokładna. W tym celu użytkownik w przejrzysty sposób wybiera dokładny model pojazdu i jego przebieg, które to parametry maksymalnie precyzują wycenę pojazdu. Więcej + Pobierz program 




Koncerny motoryzacyjne fałszują testy spalania i zaniżają emisję spalin

Written By Anna Lesack on wtorek, 7 maja 2013 | 00:36

Wyniki zużycia paliwa podawane przez producentów mijają się z rzeczywistością. W folderach reklamowych samochody spalają nawet poniżej 4 l/100 km. Rzeczywistość weryfikuje te obietnice bez pokrycia. Kierowca patrząc na spalanie które pokazuje komputer pokładowy dostrzega, że zużycie paliwa jest o 30-50% większe. Samochód, który wedle producenta spala w mieście 5,6 l/100 km, według komputera spala zaś o 2-4 litry więcej.




Producenci samochodów skandalicznie manipulują wynikami testów spalania według norm ECE/NEDC. Zaklejanie otworów w nadwoziu taśmą, żeby zmniejszyć opór powietrza, przeprowadzanie testów na dużej wysokości z uwagi na rozrzedzone powietrze, odsuwa się klocki od tarcz, żeby nie stawiały oporu, tak jak to się zwykle dzieje czy pompowanie opon trzykrotnie wyższym ciśnieniem to w branży norma. Tak naprawdę jednak wielkie możliwości dały producentom przede wszystkim elektroniczne metody sterowania silnikiem. Producenci dłubią przy elektronice, żeby samochód palił jak najmniej. W końcu podczas testu auto ma do przejechania max. 30-40 km, więc należy sprokurować takie sterowanie silnikiem, żeby pracował na ekstremalnie ubogiej mieszance paliwa i powietrza. To, że silnik po 100 km się rozpadnie, nie ma znaczenia, bo przygotowany specjalnie testowy egzemplarz (z dodatkowo zmodyfikowanym mechanizmem różnicowym wydłużającym przełożenie główne) ma tylko jedno zadanie i gdy to zadanie spełni, może zostać zdemontowany. Fiat 500 TwinAir w teście spalania uzyskał wynik 3,7 l/100 km. W rzeczywistości, pali w trasie 5,7-5,8, a w mieście ponad 7..



Mataczyć elektroniką



Producenci majstrują i mataczą przy elektronice silników. O ile w przypadku starszych samochodów ubogich w elektroniczne układy, różnice między teorią a rzeczywistością sięgały średnio 19%, o tyle im nowsze auto, tym są one większe i obecnie średni przedział to... 28%. Nic dziwnego – przy gaźniku czy wtrysku typu Telefunken nie bardzo było w czym pogrzebać, a teraz można ustawić wszystkie parametry tak, żeby przez te 30-40 km nawet TwinAir spalał 3,7 l/100 km, pracując stale w destrukcyjnych warunkach. Najlepsze jest jednak to, że te testy służą przede wszystkim producentom do zmniejszenia średniej emisji CO2 wytwarzanych modeli. Temu zadaniu podporządkowane jest obecnie wszystko, cały rozwój technologiczny – wszystkie turba, wtryski bezpośrednie i te inne głupoty są nie po to, żeby nam przyjemniej się jeździło, tylko po to, żeby w teście ECE można było tak zakombinować, żeby wyszedł ekstremalnie niski wynik. Jeździłem kilkoma samochodami z silnikiem normalnym i tym po downsizingu, np. Dacią Sandero 1.2 i 0.9 TCe: zasadniczo palą tyle samo, tylko że jeżdżą inaczej (1.2 płynniej przyspiesza, ale wolniej). Podobnie rzecz się miała w przypadku Skody Roomster 1.6 i 1.2 TSI: przy podobnym stylu jazdy paliły tyle samo, tyle że nowsze silniki mają znacznie większą amplitudę spalania. Mistrzem w znaczeniu negatywnym jest tu silnik 1.6 dCi Nissan-Renault. Traktowany delikatnie spala 5,5 l/100 km (czyli tyle, co oldskulowy diesel o podobnej pojemności), jak się daje w palnik – ponad 9 l/100 km. 






Podobnie jest ze świeżym 1.7 CRDi w Kiach. Zobaczymy jak będzie z najnowszym 1.6 i-DTEC w Hondzie, ale obstawiam że identycznie. Zresztą pozwólcie że znowu przywołam przykład Dacii: występuje tam jeszcze wciąż silnik 1.6 8V, prosty jak prawy prosty Cassiusa Claya. Nie bardzo jest w nim co kombinować. Nie ma turba, wtrysku bezpośredniego, zmiennej długości kolektora i takich tam drobiazgów. I co wychodzi? Że nawet według danych fabrycznych pali w mieście 9,5 l/100 km. A 1.2 TCe miałby palić o dwa litry mniej? Czyżby jego sprawność wzrosła o 20% dzięki zamontowaniu turbosprężarki? Gdzie tam o 20% – dużo więcej, wszak osiąga 115 KM z 1,2 l i pali o 20% mniej, z tego wynikałoby że konstruktorzy Renault nagięli prawa fizyki i stworzyli coś niemożliwego. Nie mają jednak podejścia do inżynierów VW, Fiata czy Hyundaia. Tego ostatniego nawet ukarano w USA za podawanie zaniżonych danych o spalaniu. Czytaj dalej



 
Support : Creating Website | Johny Template | Mas Template
Copyright © 2011. 2 - All Rights Reserved
Template Created by Creating Website Published by Mas Template
Proudly powered by Blogger