.

.
Topics :

Label 7

moto
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Latest Post

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą afera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą afera. Pokaż wszystkie posty

Rozbiorą im drogę, bo zauważyli błąd po 12 latach

Written By Anna Lesack on środa, 18 września 2013 | 00:57



Urzędnicza paranoja! Po 12 latach urzędnicy z Przeworska zauważyli, że w mieście nie powinno być ulicy Dworcowej. Droga jest zatem samowolką budowlaną. To jeszcze nic...






Przeworsk to niewielkie miasto na Podkarpaciu, które stało się ostatnio bohaterem ciekawej historii z urzędnikami w tle. Jak donosi Fakt, chodzi tutaj o ulicę Dworcową, która prowadzi do bloku mieszkalnego z numerem 8. Po 12 latach urzędnicy zauważyli, że nie powinno jej tam być. Droga jest zatem samowolką budowlaną.




Ciekawe są także plany miasta. Ma zamiar rozebrać drogę i… wybudować nową. Jeśli ulica nie zniknie do końca października, spółdzielnia zostanie zobowiązana do zapłacenia 15 tys. zł kary i pokrycia kosztów rozbiórki zleconej przez miasto.




Wszystkiemu winny jest plan zagospodarowania przestrzennego, który zmienił się w momencie wylewania asfaltu. Spółdzielnia 12 lat temu miała wszystkie potrzebne pozwolenia na budowę drogi.




Cała operacja będzie kosztowna. Rozbiórkę drogi wyceniono na 20 tys. zł, a późniejsze wybudowanie nowej na 70 tys. zł (pieniędzy na to jak na razie nie ma). Paranoja? Według inspektora nadzoru budowlanego, wszystko jest w porządku i droga powinna zniknąć.


| Fakt via Onet.pl |
#end.






Uwaga na Paracetamol: może doprowadzić do śmierci

Written By Anna Lesack on czwartek, 5 września 2013 | 00:20



Food and Drug Administration wydała ostrzeżenie, że Tylenol firmy Johnson&Johnson, zawierający paracetamol może wywoływać wysypki i inne poważne objawy skórne. Ostrzeżenie dotyczy także innych leków przeciwbólowych, w tym niesteroidowych leków przeciwzapalnych.








W swoim raporcie FDA opisuje niekorzystne zdarzenia rzadkich reakcji na paracetamol, który doprowadził do wielu hospitalizacji a nawet zgonów. Jak oświadczyła FDA, w każdym przypadku czynnikiem wywołującym reakcję (także skórną) był paracetamol.



Dlatego FDA wymaga aby wszystkie leki zawierające paracetamol były wydawane na podstawie recepty. Wymagania dotyczą także innych leków przeciwbólowych, w tym niesteroidowych leków przeciwzapalnych, takich jak Advil firmy Pfizer, i Aleve firmy Bayer. Agencja dodaje, że wszystkie osoby, u których pojawiła się wysypka w trakcie zażywania paracetamolu lub po jego odstawieniu, powinny skontaktować się z lekarzem.



FDA dodaje, że paracetamol jest jednym z najczęściej stosowanych leków w USA i obecnie występuje jako składnik ponad 600 leków. Zarazem FDA informuje, że J&J obniżył maksymalną zalecaną dawkę paracetamolu w Tylenolu, począwszy od roku 2011, ze względu na notowane przypadki przedawkowania i uszkodzenia wątroby.



W podsumowaniu komunikatu FDA przypomniała, że od 1969 do 2012 r. odnotowano przynajmniej 107 przypadków trzech rodzajów chorób skóry, które zaowocowały 67 hospitalizacjami i 12 zgonami z powodu nadużycia paracetamolu. W efekcie producentom został postawiony wymóg stosowania dodatkowych ostrzeżeń, a dawka paracetamolu w jednej tabletce powinna wynosić do 325 miligramów./Termedia/ #end.


















Nowy, grożny narkotyk zalewa rynek. Jest już w Polsce!



Nazywa się Yaba, ma smak czekolady lub truskawek, i jest mieszanką 30% metaamfetaminy i kofeiny. Narkotyk po raz pierwszy pojawił się w Tajlandii, ale już trafił do Europy. Zagrożone są przede wszystkim dzieci i młodzież









Yaba (Ya ba) w języku tajskim oznacza "szalone lekarstwo". Narkotyk produkowany jest w południowej i wschodniej Azji. Ma postać niewielkiej tabletki koloru czerwonego, pomarańczowego lub zielonego. Można ja rozpoznać po swoistym logo - literze R lub WY. Tabletki mogą być połykane lub inhalowane po uprzednim rozgrzaniu na aluminiowej folii. Sproszkowane, mogą być rozpuszczane w wodzie i połykane.



Narkotyk adresowany jest do młodzieży, którą ma przyciągnąć truskawkowy, czekoladowy lub mleczny smak. Na czarnym rynku w Tajlandii, producenci dodali do niego cukier, żeby zniwelować naturalny gorzki smak.



Zapewne gorzki smak metamfetaminy, który dotąd odstraszał niektórych konsumentów, przestanie już być przeszkodą w jego zażywaniu. Osłodzone i zmodyfikowane smakowo narkotyki wyniszczają układ nerwowy, pozostawiając nieodwracalne szkody w mózgu, nawet po półrocznym odwyku. Ten syntetyczny narkotyk wywołuje zresztą najszybsze uzależnienie w porównaniu do innych, dlatego władze i organizacje zwalczające narkomanię ostrzegają rodziców przed nową wersją „kryształu”.



Większość metamfetaminy na tajlandzkim rynku, sprzedawanej pod nazwą Ice i Yaba pochodzi ze wschodniej Birmy, stamtąd przemycana jest przez północną granicę Tajlandii. Jej dystrybucja odbywa się częstokroć w internecie, także przez Facebook. Dystrybucję Yaby ułatwia to, że swoim wyglądem i smakiem przypomina słodycze.



Laboratoria produkujące Yabę zmodyfikowały metamfetaminę, zwiększając jej oddziaływanie na układ nerwowy, jak wyjaśnia Viroj Verachai, dyrektor Narodowego Instytutu Leczenia Narkomanii./unodc.org, National Drug Intelligence Center/

 #end.













Oszuści wyłudzają dane osobowe podszywając się pod Ministerstwo Finansów

Written By Anna Lesack on wtorek, 3 września 2013 | 02:46



Oszuści, podszywający się pod Ministerstwo Finansów i używający logo Administracji Podatkowej, wysyłają fałszywe informacje o czekającym na przedsiębiorców zwrocie z podatku. Proszą o podanie danych osobowych i danych kart kredytowych. – To spory kłopot, dlatego natychmiast reagujemy na takie zjawiska – mówi Wiesława Dróżdż, rzeczniczka Ministra Finansów.






Oszuści używają naszego logo, a adres skrzynki mailowej, z której wysyłane są maile do przedsiębiorców, jest łudząco podobny do naszych adresów mailowych – ujawnia  Wiesława Dróżdż.





 Autorzy fałszywych wiadomości podają w treści wiadomości odnośnik do witryny znajdującej się na rumuńskim serwerze. Przedsiębiorcy mają tam wpisać dane dotyczące ich firmy, a także karty kredytowej, na którą ma zostać dokonany zwrot środków.



Oprócz logo Administracji Podatkowej, autorzy podają numery referencyjne podatnika i samej sprawy. Ma to na celu wzbudzenie zaufania adresata wiadomości.



– Od razu informujemy o tym, że to nie Ministerstwo Finansów, ani żadna jednostka w terenie, żaden urząd skarbowy ani izba skarbowa nie rozsyła maili informujących o tym, że w zamian za udostępnienie danych osobowych można otrzymać szybciej zwrot nadpłaconego podatku dochodowego – podkreśla Dróżdż.



 Tym bardziej, że – jak dodaje rzeczniczka – zwroty podatków zostały już dawno zakończone. Ponadto zwraca uwagę na fakt, że urzędy skarbowe nie potrzebują tego typu danych osobowych.



– Wszystkie takie dane płatnicy podatków dostarczają nam podczas rozliczeń rocznych albo podczas zatrudnienia – mówi Wiesława Dróżdż.



– Żądanie danych osobowych w zamian za zwrot rzekomo nadpłaconego podatku to absurd – dodaje. Ministerstwo rozpatruje zgłoszenie do prokuratury zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa. /Newseria/ #end.














Polskie więzienia przepełnione. Brakuje papieru toaletowego, a kąpiele są raz w tygodniu

Written By Anna Lesack on piątek, 9 sierpnia 2013 | 00:38



Polskie więzienia są przeludnione - wynika z raportu Rzecznika Praw Obywatelskich. Ze względu na zbyt dużą liczbę osadzonych nie są również spełniane minimalne warunki higieniczne. Podczas letnich upałów dla więźniów szczególnie uciążliwe są rzadkie kąpiele. Zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich proponuje złagodzenie polityki karnej, co pozwoliłoby uniknąć wypłaty zadośćuczynień osadzonym w przepełnionych więzieniach. A takie roszczenia zdarzają się coraz częściej.








Problemy ujawnił coroczny raport opublikowany przez Krajowy Mechanizm Prewencji, czyli organ funkcjonujący w ramach biura Rzecznika Praw Obywatelskich. W 2012 roku inspektorzy odwiedzili niemal 120 placówek w trakcie niezapowiedzianych kontroli. Wnioski płynące z raportu nie są dobre dla zakładów karnych, aresztów śledczych, domów pomocy społecznej, zakładów poprawczych i szpitali psychiatrycznych.



– W zakładach karnych i aresztach śledczych od wielu lat mamy problem z przeludnieniem. Administracja więzienna walczy z tym problemem, jednakże następuje to kosztem adaptacji pomieszczeń, które do tej pory służyły do pracy resocjalizacyjnej, a więc wszelkiego rodzaju świetlice, pomieszczenia do zajęć kulturalnych czy nawet kaplice – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Stanisław Trociuk, zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich.



Trociuk dodaje, że niektóre zakłady karne decydują się również na adaptację pomieszczeń przeznaczonych dla więźniów niebezpiecznych. To stwarza problemy, bo rygor w takich pomieszczeniach jest znacznie większy. Dotyczy to np. monitoringu, którego nie ma w celach dla pozostałych osadzonych.



Samo przepełnienie więzień to niejedyny problem w Polsce. Więźniowie skarżą się również na rzadkie kąpiele – zwykle dla mężczyzn jedynie raz w tygodniu, co jest szczególnie dokuczliwe w czasie letnich upałów. Standardy higieniczne w jednostkach penitencjarnych są poniżej normy, a osadzonym czasem brakuje nawet papieru toaletowego. Trociuk zaznacza, że więźniowie mają prawo do składania skarg do polskich sądów oraz do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, z którego coraz częściej korzystają.



– Takie osoby, jak wskazują minione lata, po pierwsze wnoszą skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, dochodzi do orzekania o naruszeniu Europejskiej Konwencji Praw Człowieka przez Trybunał i państwo polskie musi wypłacać zadośćuczynienia. Po kilku wyrokach Sądu Najwyższego takie osoby również korzystają z możliwości skierowania powództwa przed polskimi sądami powszechnymi o ochronę dóbr osobistych – podkreśla zastępca RPO.



Trociuk podkreśla, że polskie sądy wiele pozwów oddalają, ale zdarzają się i takie sprawy, w których Polska przegrywa. Według niego rozwiązaniem jest zmiana polityki karnej, a nie tylko działania administracyjne. Część skazanych, którzy obecnie odbywają kary w zakładach karnych, mogłoby wykonywać je w tzw. systemie wolnościowym. Dzięki takiemu rozwiązaniu skazani nie tylko nie zajmują miejsca w więzieniu, ale mogą także wykonywać pracę, w tym społeczną.



Według zastępcy RPO zmiana polityki karnej powinna uwzględnić to, że w Polsce do więzień trafia wiele osób, których przestępstwa nie były z punktu widzenia społecznego niebezpieczne.



– W Polsce karalne jest np. uporczywe i złośliwe niepłacenie świadczeń alimentacyjnych i te osoby trafiają do zakładów karnych. Dlatego istnieje potrzeba zmian polityki karnej – zwraca uwagę Trociuk. /Newseria/ #end.











Lewe prawo jazdy? Z Ukrainy. Za grosze

Written By Anna Lesack on piątek, 26 lipca 2013 | 13:38



Wielu polski kierowców, w tym ciężarówek i autobusów jeździ na lewych papierach „made in Ukraina”. Urzędnicy są bezradni.








Życie bez prawa jazdy jest nieciekawe - czas rozpocząć przygodę życia – przekonuje Jarosław Drozdowski z Kijowa w swoim ogłoszeniu. I oferuje: „Kursy prawa jazdy na Ukrainie. 97 % zdawalności”. Ma konkurencję.



Podobną „przygodę życia” oferuje na jednym z forów internetowych Coxlondon3. Już bez poezji: „Kursy prawa jazdy na wszystkie kategorii. Podwyższanie kwalifikacji na wszystkie pojazdy. Miejsce kursu Kiov Ukraina”. Coxlondon jest obrotnym facetem. Jak trzeba to załatwi nie tylko prawko, ale i pracę dla spawaczy w Norwegii albo pakowaczy kwiatów w Birmingham. Im dalej w las tym więcej drzew. Okazuje się, że podobnych ofert w Internecie jest cała puszcza. Piszemy na dwa z podanych w nich adresów email. Po dwóch dniach wraca odpowiedź na pierwszy: „Zadzwoń pod numer X. Poproś Tarasa (imię ukraińskie) i powiedz, że poleca cie Rysz. Szym. Ze skrótu domyśli się o kogo chodzi. Powodzenia”. I na drugi, podobna: „516 190086 Pani Waleria. Solidna firma. Powie, co dalej. Powiedz, ze od BK, ona będzie wiedzieć”. I pan Taras i pani Waleria rzeczywiście są w temacie. Z rozmowy wynika, że oboje prowadzą szkoły nauki jazdy. On w Kijowie, ona – w Kiszyniowie. I zapraszają do siebie. Właściwie, po co? Na co komu ukraińskie prawo jazdy?



Luka prawna



Prawo o ruchu drogowym, dopuszcza wymianę prawa jazdy uzyskanego za granicą na polski dokument, bez egzaminu. Procedura trwa około miesiąca i kosztuje 71 zł. Warunek – stałe zameldowanie w Polsce. Ten niepozorny przepis miał ułatwić życie obcokrajowcom zatrudnionym w naszym kraju. Ale ułatwia cwaniakom. Bo kto nie zdawał prawka ten nie wie, że zrobienie go w Polsce przypomina łowienie ryby rękoma. I trudno i długo. W wielu ośrodkach szkolenia kierowców trzeba czekać nawet 2 miesiące na sam kurs. Potem trzeba go ukończyć. I zdać egzamin. Niewielu udaje się ta sztuka za pierwszym podejściem. Tymczasem wspomniana „luka” w przepisach, umożliwia załatwienie sprawy szybko i bezstresowo praktycznie każdemu, nawet osobom, które nie przeszły badań lekarskich. Ukraiński dokument wystarczy jedynie przedstawić w swoim urzędzie komunikacji i wymienić na polski. Na razie urzędnicy nie protestują. Bo i nie mogą.

Polskie przepisy nie przewidują, bowiem weryfikacji uprawnień zdobytych za granicą np.: w dodatkowego egzaminu.



Ukraińska robota.



Pytamy Tarasa o całą procedurę zdobycia prawa jazdy. Odsyła nas do polskiego pośrednika. To samo Waleria. Bo oni tylko szkolą. Piotr, mieszkaniec Przemyśla informuje:



- Wszystko trwa około miesiąca, w tym są dwa wyjazdy do Lwowa. Pierwszy

na 3 dni w celu zrobienia rejestracji, złożenia dokumentów na prawo jazdy i zameldowania. No i drugi wyjazd po około miesiącu na jeden dzień po odbiór prawa jazdy. W końcu otrzymujesz komplet legalnych dokumentów (zaświadczenie z milicji, dokument potwierdzający ukończenie kursu i zdania egzaminu no i prawo jazdy). Cena zależy od wybranych kategorii, do tego trzeba jeszcze doliczyć zakwaterowanie, kawalerki w centrum miasta 40 dolarów za dobę, wyżywienie no i dojazd (autobus z Warszawy 70zł). Potrzebny będzie tylko paszport. Pierwszego dnia trzeba zapłacić 400 dolarów (rejestracja i zameldowanie), potem około trzeciego dnia 50 procent pozostałej sumy no i za miesiąc resztę przy odbiorze – twierdzi Piotr.



Czyli w sumie ile?



- Kategoria B to około 1300 dolarów do tego gratis jest kat. A



Czyli taniej niż na polskim bazarze. A na ciężarówki i autobusy?



- Kategoria C to 1500 dolarów a na D - 1700 dolarów.



Słowem, każdy za jakieś 3 tys może stać się kierowcą 25 tonowego tira lub autobusu z wycieczką szkolna, choćby był ślepy, głuchy i jeździł na wózku inwalidzkim, bo badań lekarskich nie trzeba przechodzić. Wystarczy zameldowanie.



- Zgodnie z prawem ukraińskim do egzaminu na prawo jazdy może przystąpić obcokrajowiec, który jest zameldowany w tym kraju przynajmniej czasowo



A jak wygląda ten egzamin? W jakim jest języku, jaki materiał. No a co z jazdami? Wszystko przez 3 dni?



- Z egzaminem nie ma problemu, zdawalność sto procent - kwituje Piotr.



Ale jest? Piotr zbywa pytanie milczeniem.



Pytamy Tarasa.



- O egzamin się nie martw – uspokaja instruktor.



To samo Waleria:



- Zdasz na pewno. Wszyscy zdają – zapewnia Ukrainka.



Albo nas tam lubią albo przepisy mają kruche. Pytamy w innych szkołach w Kijowie. I wiemy, że ukraińskie przepisy niewiele się różnią od polskich. Aby uzyskać prawo jazdy trzeba: odbyć kurs, przejść badania medyczne, zdać państwowy egzamin.



- Kurs na kategorię B standardowo trwa 2, 5 miesiąca. Kurs teoretyczny kosztuje 1000 hrywien. Jazdy, jedna lekcja trwa półtorej godziny i kosztuje 70 hrywien a samochodem z automatyczną skrzynią biegów – 90. Kurs praktyczny obejmuje minimum 15 lekcji – informuje pracownik autoszkoły Karrat.

W innej dowiedzieliśmy się, że kurs kończy się państwowym egzaminem w DAI, który kosztuje 300 hrywien.



W sumie więc, mieszkaniec Kijowa ma prawo jazdy po minimum 2, 5 miesiącach co kosztuje go około1100 złotych. Czyli niecałe 500 dolarów.



Nasze informacje potwierdza Konsulat Generalny RP we Lwowie:



- Kurs prawa jazdy kat. „B” trwa przeciętnie 2,5 miesiąca i kosztuje we Lwowie 850 hrywien a w Kijowie nawet do 2500 hrywien. Sam egzamin przed DAI to wydatek od 250 do 360 hrywien – twierdzi wicekonsul Jan Romeyko-Hurko.



Więc jakim cudem Polak może je zrobić w kilka dni, za to dwa razy drożej? Jedyne sensowne wyjaśnienie – łapówka. Dla właściciela szkoły i państwowego egzaminatora.



Nasze przypuszczenia potwierdziła ambasada RP we Lwowie. Zdaniem wicekonsula Jana Romeyko-Hurko, część dokumentów może być „załatwiana” a ich posiadacze w ogóle nie przeszli szkolenia ani też nie zdawali egzaminów. Dowodem na to, według Romeyko, może być i fakt rosnącej liczby odmów potwierdzenia ukraińskich praw jazdy, jakie konsulat RP wysyła do DAI (ukraińska drogówka). Zdaniem wicekonsula – co piąte prawo jazdy jest fałszywe a to jedynie wierzchołek góry lodowej. Nie jest, bowiem tajemnicą, że władze Ukrainy nie mają oszałamiających sukcesów w dziedzinie walki z korupcją wśród urzędników.



W polskich wydziałach komunikacji nikogo jednak nie obchodzi, w jaki sposób Kowalski wszedł w posiadanie prawa jazdy. Bo i nie ma jak tego zweryfikować. Urzędnik może, co najwyżej zbadać pod światło czy ukraińskie prawo jazdy jest prawdziwe. Warto jednak pamiętać, że próba wyłudzenia polskiego dokumentu na podstawie oryginalnego acz bezprawnie wydanego w innym kraju jest przestępstwem zagrożonym karą więzienia. Przekręt doskonały? Do czasu, gdy kierowca z lewymi uprawnieniami będzie musiał zaparkować 20 tonową ciężarówką albo, co gorsze - na górskiej drodze nie wyhamuje autobusu ze szkolną wycieczką.



- Strona polska nie ma podstaw do ingerowania w zasady wydawania praw jazdy przez uprawnione ukraińskie organy. Rzeczpospolita Polska i Republika Ukrainy są stronami Konwencji o ruchu drogowym, sporządzonej w Wiedniu dnia 8 listopada 1968 r.



Artykuł 41 ust. 3 stanowi, że Umawiające się Strony podejmą niezbędne środki zmierzające do tego, aby krajowe i międzynarodowe prawo jazdy nie było wydawane na ich terytoriach bez należytego zagwarantowania umiejętności kierowcy oraz jego sprawności fizycznej. Zabezpieczeniem ze strony polskich organów przed wymianą ukraińskich praw jazdy uzyskanych niezgodnie z tam obowiązującymi przepisami jest obowiązek każdorazowego potwierdzania autentyczności dokumentu – twierdzi Teresa Jakutowicz z Ministerstwa Transportu.



Słowem, resort w tej sprawie jest bezsilny.



– Skala zjawiska nie jest duża. Z tego, co wiem to w ubiegłym roku wymieniono w Polsce około 20 praw jazdy z ukraińskich na nasze – twierdzi inny urzędnik tego resortu.



Sprawdziliśmy. Okazało się, że jest wręcz przeciwnie - proceder nasila się i to od dłuższego czasu. Wydział komunikacji przy Urzędzie Miasta w Lublinie już dwa lata temu wymienił 9 ukraińskich praw jazdy na polski odpowiednik. W zeszłym roku było ich już dwukrotnie więcej.



- Z naszych obserwacji wynika, że zjawisko wymiany zagranicznych praw jazdy na polski odpowiednik z roku na rok coraz bardziej przybiera na sile, od 1.1.2008 do dnia dzisiejszego wymieniliśmy 7 szt., wymiana ta dotyczy w znacznym stopniu kategorii B prawa jazdy, w mniejszym stopniu kategorii C – mówi Marta Ciesielska, Kierownik Referatu Praw jazdy w Lublinie, jednego z blisko 200 wydziałów komunikacji w kraju.



Papierowy problem



Polscy urzędnicy nie widzą możliwości rozwiązania problemu lewych praw jazdy z Ukrainy, w przeciwieństwie do ukraińskich.



- Obecne władze Ukrainy, mając świadomość tego procederu, wprowadziły niedawno obowiązek uzyskiwania zezwolenia ukraińskiego MSW na przyjęcie obcokrajowca do szkoły nauki jazdy – twierdzi Romeyko-Hurko.



Wicekonsul ma też pomysł dla naszych urzędników: wystarczy, że sprawdzą w paszporcie petenta pieczątki straży granicznej, wtedy będą wiedzieli czy przebywał na Ukrainie wystarczająco długo żeby legalnie zrobić prawo jazdy. Pomysł niezły, tylko jak zmusić obywatela żeby do urzędu zabierał paszport?



Patowa sytuacja? Nie, jest sposób. Skuteczny: zmienić system szkolenia kierowców w Polsce, bo kolejki oczekujących i niska zdawalność nie wzięły się z nikąd. W Belgii kandydat na kierowcę zdaje egzamin teoretyczny, do którego może się przygotować w domu lub pójść do szkoły. Koszt kursu w szkole to 100 euro (średnia płaca to 10 euro na godzinę). Egzamin kosztuje 15 euro. Na egzaminie jest 50 pytań, z czego musi być 82% poprawnych odpowiedzi, czyli można zrobić aż 9 błędów. Na Cyprze test teoretyczny składa się z 5 lub 6 pytań z kodeksu drogowego. Egzamin praktyczny trwa około 35 minut. Wyniku egzaminu ogłaszane są natychmiast. Prawo jazdy jest ważne przez całe życie. Koszt: 35 funtów cypryjskich. Tymczasem, polski rząd planuje kolejne zmiany w sposobie uzyskiwania praw jazdy. Na gorsze, bo egzaminy będą jeszcze droższe, jeszcze dłuższe i jeszcze bardziej skomplikowane. Więc i lewych praw jazdy ze wschodu będzie jeszcze więcej. A Polacy i tak mają opinię jednych z najgorszych kierowców w Europie a pod względem liczby wypadków śmiertelnych nie są w stanie nas przebić nawet Turcy. #end.













Białoruskie Bunga bunga. Szokujące zdjęcia z wyborów Miss Mińska 2013.

Written By Anna Lesack on wtorek, 2 lipca 2013 | 23:46


Seks-skandal na konkursie Miss Mińska z udziałem samego prezydenta wstrząsa białoruskim internetem! Kola Łukaszenko idzie w ślady Berlusconiego














Na ogół organizatorzy konkursów piękności zadają sobie wiele trudu, aby stworzyć wrażenie, że chodzi w nich nie tylko o kobiecą urodę, ale i o „walory duchowe” lub intelektualne uczestniczek. Mało kto w to wierzy, ale przynajmniej wszyscy udają, że tak jest. Tym razem na konkursie „Miss Mińsk 2013″ miało być podobnie, tym bardziej, że organizowały go oficjalne władze białoruskiej stolicy, wspólnie z rządową stołeczną telewizją. Ale kiedy 27 czerwca wybrano w konkursie najpiękniejszą dziewczynę, w białoruskim Internecie zawrzało.



Okazało się bowiem, że nowa miss – Jana Koncewienko nie jest bynajmniej skromną panną „kochającą podróże i pragnącą walczyć o ekologię” tylko... striptizerką nocnych klubów Mińska! I to w dodatku nie z kategorii tych skromniejszych. Oprócz tańca na rurze, często można ją zobaczyć w towarzystwie różnych mężczyzn i – jak się okazuje – prywatnymi zleceniami również nie gardzi. Co więcej – nie była ona jedyną przedstawicielką nocnego życia białoruskiej stolicy, która wzięła udział w oficjalnym konkursie – szybko okazało się, że większość finalistek „Miss Mińsk” to tancerki go-go.



- Byłem w szoku kiedy zobaczyłem, że nasze dziewczyny wystartowały w konkursie. Większość z nich jest przyzwoita, a to co robią – to po prostu ich praca. Ale pretendować do tytułu Miss Mińska naprawdę nie musiały… – mówi menedżer jednego z nocnych klubów. „Nowa twarz Mińska potwierdziła wysokie miejsce Białorusi w rankingu amoralności” – skomentował jeden z białoruskich internautów.



Ale na tym nie koniec. Otóż na drugi dzień po konkursie 10 najpiękniejszych dziewczyn zostało zaproszonych na zamknięte spotkanie z prezydentem Aleksandrem Łukaszenką, na którym obecny był także jego nieślubny syn Kola. Jaki dokładnie miało ono przebieg i o jakich ważnych dla interesu państwa sprawach dyskutowano – nie wiadomo.



- Niektóre dziewczyny nie chciały tam jechać, ale odmowa nie wchodziła w grę – opowiada jedna z zastrzegających sobie anonimowość uczestniczek i potwierdza, że w imprezie wraz z prezydentem uczestniczył mały Kola. – Po przyjęciu większość z nas pojechała do swoich normalnych zajęć, czyli rozjechałyśmy się po klubach – przyznaje dziewczyna.





Dodajmy, że finał konkursu „Miss Mińsk” odbył się w ulubionym obiekcie prezydenta Łukaszenki – w Pałacu Sportu. Cóż, sport w państwie Łukaszenki ma wiele wymiarów /Zdjęcia z profilu Fb. Za: Kresy24/




>> W drodze na Wimbledon Jerzego Janowicza zastał korek. Co robi Jerzyk?












Orange padł ofiarą zorganizowanej akcji phishingowej.

Written By Anna Lesack on środa, 26 czerwca 2013 | 14:21

Uwaga na konta email! Oszuści podszywający się pod pracowników helpdesk Neostrady rozsyłają maile, usiłując dzięki nim przejąć dostęp do kont email naiwnych użytkowników. Zdaniem Orange, to zorganizowana akcja phishingowa, której celem są głównie osoby, posiadające adres e-mail w domenie @neostrada.pl ale nie tylko - osiadacze kont w innych domenach również są celem ataku!


Otrzymujemy coraz więcej sygnałów od naszych czytelników, którzy ostrzegają przed fałszywymi wezwaniami z helpdesk Neostrady. W wiadomości email rozsyłanej nie tylko do abonentów Neostrady adresaci są informowani, że ich konto e-mail  jest zagrożone i może zostać wyłączone, jeżeli użytkownik nie poda danych konta celem jego rekonfiguracji.


Oszuści proszą o podanie pełnej nazwy konta oraz hasło dostępu. Brak podania tych danych ma skutkować utratą dostępu do konta. 


Skontaktowaliśmy się w tej sprawie z biurem prasowym Orange. Z uzyskanych informacji wynika, że nadawca wiadomości podszywa się pod Neostradę. W przypadku otrzymania opisanego przez nas maila nie należy podawać żadnych danych konta i natychmiast osunąć go ze skrzynki.



- Potwierdzam.  CERT Orange Polska otrzymuje wzmożoną liczbę informacji wskazujących na zorganizowaną akcję phishingową, której celem są osoby, posiadające adres e-mail w domenie @neostrada.pl. Według programu pocztowego wiadomości przychodzą spod adresu helpdesk@neostrada.pl, jednak nagłówek e-maila jest spreparowany. Po wybraniu opcji „Odpisz” w polu adresata pojawia się zupełnie inny adres, cyber-przestępcy liczą bowiem, że atakowany nie będzie się już przyglądał, do kogo odpisuje. Na szczęście wystarczy odrobinę dokładnie przyjrzeć się otrzymanej wiadomości, by zapaliła się nam czerwona lampka. Polszczyzna autora pozostawia bowiem wiele do życzenia (to bardzo łagodne określenie), tym niemniej warto pamiętać, że coraz częściej cyber-przestępcy korzystają z usług native speakerów. Na pewno jednak naszą uwagę musi zwrócić polecenie wpisania hasła. Pamiętajmy, że Orange Polska (i żadna inna szanująca się firma) nigdy nie wymaga wysyłania e-mailem danych wrażliwych! Ten załączony przez Państwa redakcję akurat może głównie rozbawić, ale pamiętajmy, by zawsze przyglądać się dokładnie otrzymanym mailom od nieznajomych, których się nie spodziewaliśmy/nie zamawialiśmy, nie odpisywać na nie i nie klikać w podejrzane linki - mówi pzredstawiciel CERT Orange



Poniżej publikujemy kopię wiadomości rozsyłanej do urzytkowników poczty email (pisownia oryginalna):
Szanowny Abonenta,

Ze wzgledu na spam skarg uzytkowników poczty elektronicznej w naszym web-maili, nasze sledztwo

pokazuje, ze Twój adres e-mail jest zagrozona w naszym web-maili. jak

Wynik, nazwa uzytkownika zostanie wylaczona, jesli nie wyslac nam wymagane

informacje bezposrednio do rekonfiguracji.



Wymagane informacje: ..........

Twoje pelne nazwy: ...............

Adres e-mail: .................

Haslo: ......................

Powtórz haslo: ...............



Brak odpowiedzi natychmiast bedzie sklonne dostep do poczty e-mail od zagrozenia bezpieczenstwa

Nasz kod zródlowy ma sklonic Twój adres e-mail narazone na spam. prosze

rozumiem, ze jest to srodek bezpieczenstwa przeznaczone do ochrony Ciebie i Twojego

mailbox.

Dziekujemy za korzystanie z naszego serwisu internetowego, poczty internetowej.

Zespól wsparcia Helpdesk


W żadnym wypadku nie należy odpowiadać na tego typu wiadomości!



>> Wyciekły dane 6 milionów użytkowników Facebooka



Reportaż: Lewy bursztyn kopie się nocą (Relacja)

Written By Anna Lesack on poniedziałek, 24 czerwca 2013 | 06:00



W pasie nadmorskim od Chłapowa po kraniec Mierzei Wiślanej zalegają złoża bursztynu warte prawie miliard dolarów. Tym majątkiem nikt się nie interesuje. Prawie nikt.















Umowa jest taka. Patrzę, nie włażę pod nogi, nie pytam za wiele. Imiona, nazwiska zachowuję dla siebie. Nie piszę skąd są i komu sprzedają towar. I żadnych zdjęć. W razie czego, nie znamy się. Przynajmniej oni mnie. Wyruszamy przed północą.






Niebieska ziemia






Krzysiek nie jest zachwycony moją obecnością, Rafał chyba też, ale nie daje tego poznać. Częstuje fajkami. Od czterech lat pracują razem. Ufają sobie. Obaj boją się, że gdy inni zobaczą, że wzięli obcego, przestaną ufać im. Zgodzili się na moje towarzystwo, bo znajomy prosił. Mieli jakiś dług. Zmierzcha. Jedziemy zdezelowanym polonezem truckiem do lasu kilka kilometrów przed Piaski. Na pace telepie się stara pompa, kanister z benzyną, cztery węże od szambiarki, kilkumetrowe aluminiowe sztyce, kawał blachy i siatka. kiedyś chowali je w lesie, ale raz komuś się przydały i teraz wola ryzykować. Sama pompa kosztuje 2 tys. Chłopcy palą Fajranty. Moje płuca wołają o litość. 




- Jak zobaczysz innych, że kopia, to się nie pokazuj, a już broń boże nie leż do nich i nie wypytuj. Tu obcych nie lubią – instruuje Rafał.






- A gdy nas nakryją? Policja, to, co?






- To spierdalaj w las. Długo cię gonić nie będą. Jeżeli w ogóle.






Minęło jakieś półgodziny, jesteśmy na miejscu. Las. Idziemy kilka metrów w stronę zatoki, w trzciny. Chwile krążymy. Potykam się o jakieś doły i zagłębienia. W końcu wpadam po pas w dziurę. Klnę siarczyście, bo w ciemności gówno widać.






- Zapomniałem ostrzec. Tu pełno takich niespodzianek. Nie my pierwsi tu pompujemy – ostrzega po nie czasie Rafał. Krzysiek patrzy z politowaniem jak wypełzam z dołu. Wiem co myśli i jestem mu wdzięczny, że tego nie mówi. Chwile krążymy w kółko. W końcu zapada decyzja: tu.






- Czemu właśnie tu?






- Burek lubi piasek, nie glinę. I woda blisko.






Chłopcy zabierają się do roboty. Nawet sprawnie im to idzie. Widać wieloletnią rutynę. Gdy Rafał ciągnie wąż do wody, Krzysiek wycina polankę wśród trzcin, kopie płytki dół i ustawia w nim blaszaną przegrodę. Do końcówki węża mocuje sztyce i osadza aluminiową rurę. Trzymając ją z całych sił, daje Rafałowi znak, że może już odpalić motopompę. Rozlega się ogłuszający warkot. Silnik Forda hałasuje tak niemiłosiernie, że słychać go chyba w Gdańsku. Jakim cudem nikt go nie słyszy? Po chwili z rury zaczyna walić silny strumień wody, którego ciśnienie z łatwością rozmywa piasek, tworząc w ziemi coraz głębszą dziurę. Jak dotrze na głębokość 4-5 metrów, czyli do poziomu, na którym zazwyczaj znajduje się pokład bursztynu, zaczną się emocje. Czyli za godzinę – półtorej. Jak dobrze pójdzie?






Zapalmy po Fajrancie.






- To wasz patent z tym wymywaniem?


- Wszyscy tak robią. Inaczej się nie da. Łopatą się nie opłaca, bo to, co wykopiesz przez pól nocy, woda pod ciśnieniem wypłucze w godzinę.






- To metoda hydrotechniczna. Tak się płucze nawet do 7-8 metrów, ale wtedy trudno o duże bryły. Są za ciężkie i trudno je podnieść na powierzchnię przy takim ciśnieniu jak z motopompy, a czegoś większego nie da się tu przywlec – mądrzy się Krzysiek.






- Skąd wiecie gdzie płukać?






- Wszystko jedno gdzie, byle był piasek a nie glina. Tu wszędzie jest bursztyn, całe pokłady, setki ton tylko się do nich dostać trudno – wzdycha Krzysiek.






Wszyscy wzdychamy. Ma rację, stoimy na bursztynie. Od Chłapowa u nasady Półwyspu helskiego po półwysep Sambia rozciąga się największe na świecie złoże bursztynu. Zalęgają od kilku do kilkuset metrów pod ziemią, w osadach czwartorzędowych, zwłaszcza w jednym z nich, najbardziej bursztynonośnym określanym przez geologów jako „niebieska ziemia”. W metrze sześciennym jest od 45 do 2677 g bursztynu. Czemu niebieska, tego nikt nie wie.



Największe polskie złoże znajduje się w rejonie Karwi - Chłapowa. Jest identyczne jak to na Półwyspie Sambijskim. Jego zasoby szacuje się na ok. 650 tys. ton. Ale bursztyn leży tam na głębokości ok. 100 metrów. Ponoć budowanie kopalni odkrywkowej opłaca się, jeśli złoże zalega płytko, na głębokości nie więcej niż 50 metrów. Tak jak w Stogach czy Sztutowie. Dlatego od biedaszybów bursztynników aż roi się w tej części Pomorza a nie u nasady Półwyspu Helskiego.






- Kiedyś takim Eldorado były wydmy między Wisłoujściem a Stogami. Ludzie tam jak do normalnej pracy chodzili. Ilu się pobudowało, samochody pokupowało. Przyjechała mafia i powiedziała: albo won albo pracujecie dla nas. Policja ich nie ruszała.






- Jaka mafia?






- Mafia, ważne jaka? Chyba ludzie "Harcerza" z Gdańska.






- Wiele lat temu był w Stogach były nawet wojny o bursztyn. Przecież „Tygrys” to na bursztynie się dorobił. Dzisiaj już spokojniej, nie ma takiej gorączki jak przed laty






- Co za Tygrys?






- Mieszkał w Stogach. Mówili o nim nawet Król Stogów






- Czemu więc wy nie kopiecie w Eldorado?






- Wody mało, chętnych wielu






Rafał na chwilę wyłącza pompę. Nadsłuchujemy. W oddali słychać jednostajne mruczenie, chwilę później kolejne. Nie jesteśmy sami.






Bryła jak jaja buhaja






Pierwsza w nocy. Wypłukaliśmy prawie 6 metrową dziurę. Rafał bierze sztyce i bada dno. Ledwo sięga. Krzysiek trzymając wąż przygląda się badawczo wodzie kłębiącej się w jamie.






- Kurwa, nic nie czuje!






Pompuje od lat i potrafi wyczuć uderzające o rurę duże bryły bursztynu, które nie mogą wydostać się na powierzchnię.






- Miękko – dodaje Rafał znad sztycy.






Gdyby było „twardo” mieliby dobrą noc, bo to oznacza, że trafili na żyłę bursztynu, twardą i jednolitą, którą może skruszyć tylko wysokie ciśnienie wody. Woda wyrzuciłaby duże bryły na powierzchnię. A tak, nie jest dobrze. To widać po minach.






- Nie ma co dalej pompować, szkoda juchy. I tak mało zostało. Zarzucamy – decyduje Krzysiek.






Rafał sięga po siatkę i nadstawia pod strumień wody. Po chwili siatka zapełnia się kawałkami bursztynu. Bursztyn jest lżejszy od wody, więc wypływa na powierzchnię, wraz z pompowaną wodą, wraz z piskiem i różnościami zalegającymi na tej samej głębokości. Krzysiek przebiera rękoma w siatce. Bursztynowe grudki są niewielkie, może wielkości dropsa, największa ma rozmiary piłeczki pingpongowej. Reszta to żwir, sieczka, płaszczaki, topik, koralówka, słowem drobne kawałki pierścionków, których może uda się wystrugać koraliki, mały krzyżyk albo oczko do pierścionka. W najgorszym wypadku pójdzie na „Bursztynówkę”.






Składamy majdan. Na dzisiaj koniec. Mało ropy w pompie. Nie opłaca się już otwierać nowej dziury.






- W lesie na Stogach, w zeszłym miesiącu chłopaki wyciągnęli bryłę wartą tysiaka. Była wielka jak jaja buhaja. Tysiaka w jedną noc – mówi Krzysiek, składając sztycę.






Zazdroszczą. Od miesiąca nie znajdują nic poza „piłeczkami pingpongowymi”. W oddali wciąż słychać mruczenie pomp.






Wracamy






Dobry bursztyn to bryła, jednolita, bez śladu pęknięcia. Trudno o taką, dlatego tyle za takie płacą.






- Ile?






- Półtora, dwa tysiaki za kilo






- A za taki na plaży?






- Na lizaka ci nie starczy






- Ludzie zbierają






- To huj nie bursztyn, małe, powżerane kawałki, dobre na nalewkę albo pamiątkę z wakacji. Nikt takiej drobnicy nie skupuje, bo i po co. Co z tego zrobić, koraliki?






- A ile dostaniemy za te bryłki – pytam wskazując na kilka kawałków żółtego bursztynu wielkości dwuzłotówki i kilka rozmiarów piłeczki pingpongowej.






- My? – śmieje się Rafał, po czym rachuje coś w głowie i rzuca – jakieś trzy stówy i to po znajomości. Starczy na paliwo i browar.






- Kto to kupi?






- Pośrednik. Jest ich tu sporo. W samych Stogach kilkunastu, w Wislince, Sobieszewie, Sztutowie, Jantarze. My mamy swojego, co nie oszuka. Większość to cwaniaki, trzeba się targować. Za bryłkę wartą 1000 złotych potrafią krzyknąć 500 - Rafał.






Ci z kolei odsprzedają Jubilerom, których na Pomorzu jest prawie tysiąc. W samym Gdańsku jest ponad czterystu. Handlują przy Długim Targu legalnie, płacąc państwu podatki. Nikt ich nie pyta skąd mają bursztyn, choć wiadomo, że albo z przemytu albo od kłusowników. Innego źródła nie ma.






- Ile zazwyczaj wyciągacie?






- Jak się trafiło na żyłę to i 5 tysięcy w jedną noc – mówi Rafał






- To czemu nie płuczecie tej żyły. Skończyła się? – pytam






- Żyła nie, woda tak. Bez wody nie wypłuczesz a nie każdy może rów wykopać koparką, bo to kosztuje – tłumaczy Rafał.






Po robocie






Jesteśmy z powrotem. Polonez parkuje w szopie. Rafał na chwilę znika gdzieś z woreczkiem dzisiejszych bursztynów. Wraca już bez niego. Zapraszają na kawę. Mały parterowy domek pamięta czasy budowniczych Gdyni. W środku czysto i schludnie. Nowe meble, wieża Sharpa, DVD, telewizor ozdobiony haftowaną serwetką. Na nim obrazek Ojca Świętego. Nie jedyny w pokoju. Na półce z książkami, obok „tygrysków” i kilku Harlekinów stare lektury szkolne. Jest nawet "Puc, Bursztyn i goście". A na samym środku: Bursztynowa komnata Stevea Berriego i Samoleczenie bursztynem Teresy Stąpór. Domownicy śpią. Siadamy w kuchni. Szklanki w metalowych koszyczkach zapełniają się mocną czarną kawą.






Pytam, dlaczego w nocy kopią. Rafał twierdzi, że tak bezpieczniej, mniej oczu widzi.






- Ale ruscy idą na całego i normalnie w biały dzień kopią, czasem nawet na samej plaży. U nich bursztynu to po pachy. Gdzie nie wykopiesz to kubełek, dwa w kilka godzin. Jeden dzień i masz tyle, co mu tu wystrugamy przez miesiąc. I nie jakieś tam grudki, tylko porządne buły – mówi Krzysiek.






- Ale my przynajmniej zachowujemy pozory przyzwoitosci – żartuje Rafał.






Kawa ostygła, fusy opadły. Chłopcy pytają, co tam w Warszawie słychać. Opowiadają o Warszawiaku, który z wykrywaczem łaził po wydmach w poszukiwaniu bursztynów. Śmieją się. Zmieniam temat. Pytam, od kiedy kopią bursztyn.






- Od zawsze – śmieje się Rafał.






- Siedząc na złocie trudno myśleć o hodowaniu świń – dorzuca Krzysiek.






- Jak byłem mały to już chodziłem na hałdy i zbierałem drobnicę. Potem sprzedawałem ją turystom na plaży. Czasem pomagałem kopaczom. Potem sam kopałem. Tu każdy kopie, ale nie każdy ma szczęście. Ci, którym się udało, pobudowali sobie domy, pokupowali samochody, sklepy otworzyli. Czasem wystarczy fart, kilka nocy w dobrym miejscu – mówi Rafał.






- Jedni, co znajdą i sprzedadzą to przejadają, mądrzy inwestują, w pompy, węże. Potem już nie kopią, bo dla nich kopią. Zakładają spółdzielnię, w której ludzie pracują za stałą kasę albo za procent. We wsi jest takich wielu. Sam tak kiedyś pracowałem, za 800 złotych miesięcznie, na czarno, za Kątami Rybackimi. Co znalazłem oddawałem szefowi. Czasem aż serce bolało, jak wypłukałem bryłkę wielkości pięści, wartą tysiaka – wspomina Krzysiek.






Kopalina pardoksu






Miejscowi policjanci znają bardzo dobrze proceder wymywania bursztynu. W końcu są miejscowi. Wiedzą, kto i gdzie najczęściej kopie. To tajemnica poliszynela. za rękę łapią niewielu, przed sąd doprowadzają może kilku, sąd skazuje rzadko.






- Wymywanie bursztynu w biedaszybach było i jest i pewnie będzie. Zgłoszeń mamy niewiele. Ukarać można jedynie, gdy się złapie delikwenta na gorącym uczynku. Tyle, że bursztynnicy kopią przeważnie w nocy, w lesie, nie widać ich, nie ma zgłoszeń – twierdzi sierżant Piotr Doda, kierownik posterunku policji w Stegnie.






- Udaje się złapać?






- Bardzo rzadko. Często trafiamy na sprzęt ukryty w lesie, ale oczywiście nikt się do niego nie przyznaje – mówi Doda.






- Mieszkańcy donoszą na tych, co kopią?






- Raczej nie, wie pan jak to jest, koszula bliższa ciału. Nawet jak próbujemy ich nakryć to nie na wiele to się zdaje. Przeważnie stawiają kogoś na czujce, zanim się do lasu wjedzie to już wiadomo, co się święcie, a w lesie to widać i słuchać z daleka. Mizerne szanse






- A jak złapiecie to co?






- Mamy teraz taka sprawę. Podczas kontroli drogowej znaleźliśmy u klienta pół kilo bursztynu. Nie chce powiedzieć skąd go ma? – twierdzi policjant.






Obaj wiemy skąd miał bursztyn. Są tylko dwie możliwości: przemyt z Kaliningradu albo biedaszyby. Zapewne „ściemni”, że zebrał na plaży. I wyjdzie z tego. Samo posiadanie bursztynu nie jest karalne, tylko jego wydobycie. Ale i tu tkwi paradoks. 





Kopanie bursztynu jest jedynie wykroczeniem ściganym przez sąd grodzki jeszcze na podstawie starego przepisu Rady Narodowej Elbląga o utworzeniu parku krajobrazowego Mierzeja Wiślana i ustawie o ochronie środowiska. Przepis mówi o zakazie wydobywania bursztynu w parku i otulinie. Czyli wszędzie tam gdzie powstają biedaszyby. A poza nią? Według prawa – można. Tyle ze poza otuliną parku krajobrazowego bursztyn jest głęboko.






- Zastanawialiśmy się czy nie ścigać kopaczy na podstawie prawa górniczego i geologicznego, ale jest pewien szkopuł. Prawo zabrania nielegalnego wydobywania kopalin, ale nie precyzuje czy jest nią bursztyn. Pytałem o to prawników, twierdzą, że nią nie jest – twierdzi sierżant Doda.






Bursztyn to nic innego jak skamieniała żywica. Jej wiek ocenia się na 40-50 milionów lat. Nazwę zawdzięcza Niemcom. Teutonska fantazja podpowiadała im że jest to „kamień, który się pali” czyli bernstein. Grecy nazywali go elektronem (świecący, błyszczący). Rzymianie, którzy lubowali się w bursztynie nazywali go, lyncurium czyli mocz rysia, bo według legendy legendy złocisty kamień powstał ze skamieniałego moczu tego drapieżnika. Inna łacińska nazwa sukcynit pochodzi od succinum - sok, żywica drzewna. Bursztyn występuje u wybrzeży Morza Bałtyckiego i Północnego. Najbardziej ceniony przez jubilerów bursztyn bałtycki zwany jest sukcynitem. Bursztyn tworzy nieregularne bryłki. Największa znaleziona bryła bursztynu bałtyckiego waży 9,75 kg. Najczęściej spotykany jest bursztyn żółty, rzadsze są odmiany bezbarwne, czerwone, zielonkawe, a ich przejrzystość zależy od zawartości drobnych pęcherzyków powietrza. Największy znaleziony dotychczas okaz waży 15,25 kilograma, nazywa się Burma Amber i jest przechowywany w Muzeum Historii Przyrody w Londynie














Oszukać bankomat? Hakerzy wiedzą jak!

Written By Anna Lesack on czwartek, 20 czerwca 2013 | 03:38



Jedni znają fach, inni sztukę oszukiwania bankomatów i podrabiania kart. Ci pierwsi wpadają najczęściej - tak twierdzą skimmerzy, z którymi udało nam się porozmawiać o... metodach oszukiwania bankomatów. A jest ich wiele, co potwierdzają policjanci z Komendy Głównej Policji w Warszawie.



 









magazyn businessman.com - skimming, banki

Zrobili go sami, do złudzenia przypominał prawdziwy. Skąd wzięli obudowę? Mówią, że znaleźli na złomowisku. Przez kilka godzin działał w centrum Wrocławia. Bankomat. Skimerska maestria, choć sztuka na raz. Gdy wyszło na jaw, że maszyna skanuje karty zamiast wydawać pieniądze, wpadło kilku naraz. Właśnie próbowali przenieść bankomat w inne miejsce. "Podbieracze”- wpadają najczęściej.



Podbieracze, czyli skimmerzy, potrafią wyciągnąć numer PIN twojej karty kredytowej i dane zapisane na jej pasku magnetycznym. A potem, gdzieś w Londynie lub Kijowie, z bankomatu przy pubie czy na stacji benzynowej również pieniądze z twojego konta. Ich broń to mikrokamera z minimalnym zasilaniem, czytnik kart, klawiatura. I dwustronna taśma przylepna. Kamerka lub klawiatura rejestrują cyfry wbijanego pinu, czytnik kart skanuje pasek karty. Wszystko razem za niewiele ponad 100 zł z najbliższego sklepu z elektroniką. Jedyny trud to zrobienie listwy, która rażąco nie odbiega od wyglądu bankomatu. Do niej mocuje się mikrokamerę. 








- Nakładki często montowane są nie w samym bankomacie, ale przy drzwiach do pomieszczenia, w którym się znajduje. Kamerka sprawdza ruch palców na klawiaturze, która też może być fałszywa, doklejona na prawdziwą. Jednak zazwyczaj są to kamerki – mówi nadkomisarz Krzysztof Hajdas z Komendy Głównej Policji w Warszawie. Samo zamontowanie całego zestawu na bankomacie trwa, wbrew pozorom, moment.





- Wystarczy kilkadziesiąt sekund. Listwę z kamerą przylepia się na taśmę dwustronną. Niekiedy kamera schowana jest np.: w stojaku na ulotki – dodaje Hajdas.



Da się to zrobić mimo kamery bankomatowej. Bo Podbieracze wiedzą, że rejestruje ruch przy bankomacie, ale nie samą klawiaturę. Widać człowieka, ale nie jego palce. Dane z kamery i czytnika magnetycznego są przekazywane, niekiedy drogą radiową, wifi lub poprzez sms, do „klonów”. To kumple podbieraczy, którzy za pomocą prostego urządzenia nagrywają otrzymane dane na karty z paskiem magnetycznym np. miejską czy jedną z tych bezpłatnie otrzymywanych w różnego rodzaju promocjach. Lub kupowanych za grosze w Internecie. I znowu podbieracze ruszają na miasto. Z lewymi kartami, po kasę. A że karty nie znają granic, więc mogą to zrobić wszędzie.







Oryginalna klawiatura bankomatuNakładka na klawiaturę



- Dlatego tak trudno oszacować skalę skimmerskiej roboty. Rocznie odnotowujemy kilkanaście przypadków skimmingu w Polsce, przy czym jest pewna prawidłowość. Otóż, karty skanowane na zachodzie Europy, np.: w Wielkiej Brytanii są realizowane w Polsce, znacznie rzadziej natomiast skanowane są w Polsce a realizowane zagranicą – mówi Hajdas.

Podbieracze to głównie obcokrajowcy.



- Jak dotąd zatrzymaliśmy jednego Polaka a rozbiliśmy kilka grup Rumunów, Węgrów i Bułgarów, którzy realizowali karty zeskanowane na




zachodzie – dodaje Hajdas.







Magazyn Businessman.com - skimming





Oryginalna i fałszywa wsuwnia kart



Zwłaszcza Rumuni pokochali nasze bankomaty. Ale nie tylko. W zeszłym roku, na lotnisku Okęcie zatrzymano obywatela Wenezueli, byłego pracownika firmy produkującej bankomaty, który na podstawie lewych kart oskubał ponad 80 bankomatów, głównie w Warszawie. Czy działał w pojedynkę? Mógł choć zazwyczaj podbieracze działają w grupach



- W których jest ścisły podział ról. Jedni produkują urządzenia, inni instalują je w bankomatach, kolejni produkują karty, które jeszcze inni realizują. Często jest tak, że nie znają się między sobą – mówi Hajdas.



A słyszał o metodzie „na blaszkę”?



- To znaczy?



Wkłada się niewielką blaszkę w otwór wydający gotówkę. Gdy bankomat ma ją wypłacić, włącza się tryb awaryjny i wyświetla komunikat o błędzie. Gdy klient odchodzi wkurzony sądząc, że bankomat się zepsuł, podbieracz podchodzi, wyciąga blaszkę i pieniądze.

Metoda prosta jak drut. Dla niektórych za prosta. Hackerzy znają inne. Ciekawsze



Nie powiem nic


 

Wśród hackerów krąży dowcip o tym, jak zhackować bankomat. Potrzebny jest laptop i młotek. Podchodzimy do bankomatu i walimy młotkiem do skutku. Więc, po co laptop? A co to za hacker bez laptopa? W Sosnowcu, najpierw włamywali się do budynku, w którym był bankomat, potem palnikiem wycięli dziurę w bankomacie. Uciekając, zabrali laptopa ze sklepu w którym był bankomat.



- No i gdzie tu finezja? – pyta Gandalf znany w światku hackerskim z zamiłowania do bankomatów, do którego dotarliśmy poprzez użytkowników jednego z forum dla hackerów. Krąży o nim mit, że potrafi wyciągnąć z maszyny dane za pomocą zwykłej empetrójki.



- Nie jestem specem od bankomatów, lecz od łamania lub wynajdywania luk w systemach zabezpieczeń urządzeń elektroniczno-mechanicznych – poprawia Gandalf.



Dziwny gość, niezbyt młody, niezbyt zadbany, niezbyt przystojny nawet nie nazbyt miły ani rozmowny. Większość pytań zbywa milczeniem lub półsłówkiem. Trudno wydobyć z niego konkrety. Te co ciekawsze.



- Nie powiem ci nic ciekawego, nie licz na to – zastrzegł na początku.



A jednak.



Na serwisanta


 

Gandalf „zrobił” kilkanaście bankomatów. Mówi, że z żadnego kasy jednak nie wziął, choć mógł, bo wystarczyła satysfakcja. Po każdej akcji powiadamiał informatyków banku, do którego należał bankomat, informując ich o wadzie zabezpieczenia. Tak mówi, choć jego Acer Ferrari 1100 z dyskiem wielkim jak Torwar chyba nie z pensji.








Magazyn Businessman.com - skimming





- Po kilku dniach wracam, robie to samo i co się okazuje, nikt nawet palcem nie ruszył żeby sprawę załatać. Wtedy naprawdę mam ochotę opróżnić taki bankomat do gołej deski – mówi Gandalf.



Może i jest idealistą, hackerem Don Kichotem? A może najzwyczajniej ściemnia.



- Zdziwiłbyś się gdybyś wiedział ile jest sposobów na oszukanie bankomatu. Bo maszyna, choć inteligentna, nie myśli, łatwo jej wmówić, co ma robić. I robi. Gliniarze znają raptem kilka, tych najprostszych sposobów jak podkładki czy klawiaturki. To sztuczka dla dresów. Prawdziwa sztuka polega na „poproszeniu” bankomatu żeby sam nam dał, czego potrzebujemy, ale do tego trzeba ludzkiej głupoty oraz lat spędzonych nad książkami i schematami – mówi Gandalf.

Twierdzi, że na tym właśnie uleciała mu młodość.



- Gdy inni czytali komiksy ja czytałem specyfikacje kart kredytowych ISO/IEC 7812-1 i ANSI X4, procedury serwisowe i manuale ATM – mówi.



Dlatego dzisiaj ponoć wie jak „rozmawiać” z bankomatem.



- Bankomat sam w sobie jest łatwym celem. Mechanizm wydający pieniądze reaguje na polecenia wewnętrznego komputera w bankomacie, który łatwiej oszukać niż rozpruć blachę. We wnętrzu tego komputera tkwi to samo, co w większości PC-tów na całym świecie – system operacyjny Windows. W starszych maszynach to jest Windows 2000, w nowszych Windows XP. I to wystarczy. W obu są dziury – mówi hacker.




Które łatwo wykorzystać i oszukać mechanizm bankomatu. Sposobów jest wiele. Najprostszym jest ten „na serwisanta:



- Wystarczy, że wklepiesz na klawiaturze, zamiast kodu PIN, sekwencję cyfr będących domyślnym kodem administracyjnym, który zna każdy serwisant. Niedawno znalazłem taki kod w jednym z oficjalnych podręczników serwisowych. System rozpoznaje cię, jako serwisanta i staje się jak młode ciało - pozwala robić ze sobą, co zechcesz. Możesz tak przeprogramować mechanizm wydający banknoty, że dziesięciozłotowe będzie traktował jak stuzłotowe i zamiast dziesiątek zacznie wydawać setki –mówi Gandalf.



Sposobów na „ogłupienie” bankomatu jest ponoć więcej. O wszystkich Gandalf nie mówi



- Przy okazji, nie każdy wie o ciekawej funkcji klawiatury niektórych bankomatów. Otóż, jak się wsadzi kartę do bankomatu i wpisze kod pin, ale od końca lub przestawiając cyfry (, zamiast informacji dotyczącej salda, do banku idzie informacja o napadzie i konto jest blokowane. W niektórych krajach automatycznie powiadamiana jest także policja – mówi Gandalf.



A metoda „na blaszkę”?



- Zapytaj dresów nie hackera. Ale w skrócie powiem ci tylko, że chodzi o oszukanie czujników sterujących funkcją „reversal” odpowiedzialną za wciąganie z powrotem do kasety wewnętrznej banknotów niepodjętych w odpowiednim czasie. Maszyna zamiast je wciągać, wydaje je – mówi hacker.



Gandalf twierdzi, że shakować można wszystko, nie tylko bankomaty, ale też budki telefoniczne, parkometry, nawet klimatyzatory.



- Hakerzy długo nie mogli znaleźć sposobu na komputery Wall Street. Może dlatego, że do ich zabezpieczenia wynajęto innych hackerów. Ci jednak pominęli z pozoru błaha rzecz. Mianowicie, że system klimatyzacji sterowany jest komputerowo. Więc shakowali klimatyzatory i dzięki temu dostali się do systemu informatycznego. A jak już do niego weszli to nie było mocnych. Podobnie jest z bankomatami. Tyle, że nad ich ochrona nie pracują hakerzy – mówi Gandalf.



A jak to było z tą empetrójką? Bujda to czy coś jest na rzeczy?



- Jasne, że bujda, choć swego czasu dużo szumu narobił pewien Anglik, skimmer, który wykorzystał odtwarzacz MP3 do zczytywania danych kart płatniczych w chwili, gdy były transmitowane do banku. Potem wykorzystywał je do klonowania kart. W sumie, nic nowego, bo tzw pishing ma się świetnie także w przypadku bankomatów, ale gość zaskoczył wszystkich pomysłowością i narzędziem – mówi Gandalf.









Nie daj się podbieraczowi:



-
Wstukując kod PIN na klawiaturze, zawsze zasłaniaj ją ręka, zarówno w
bankomacie jak i w sklepie. Zdarzały się przypadki, że kamery
instalowano w sklepach i na stacjach benzynowych

- Aby przekonać
się czy na klawiaturze jest zainstalowana nakładka, sprawdź czy ta co
jest nie wystaje zbytnio ponad pulpit lub spróbuj podważyć ją palcem.
Nie powinna się odkleić.




Kilka tygodni temu, aresztowano w Turcji mistrza skimmingu – trzydziestoletniego faceta o pseudonimie Chaoo. Znaleziono przy nim kilka odtwarzaczy mp3 i sklonowane karty jednego z banków. Dwukrotnie odwiedzał Polskę.














 
Support : Creating Website | Johny Template | Mas Template
Copyright © 2011. 2 - All Rights Reserved
Template Created by Creating Website Published by Mas Template
Proudly powered by Blogger