.

.
Topics :

Label 7

moto
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Latest Post

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swiat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swiat. Pokaż wszystkie posty

Chiny "kupiły" 5 proc. Ukrainy

Written By Anna Lesack on środa, 25 września 2013 | 01:54



Prawie 3 mln hektarów gruntów rolnych na Ukrainie trafi w ręce Chińczyków, donosi Factweek w oparciu o źródła w Hong Kongu i Na Ukrainie. To prawie 5% obszaru Ukrainy










Na mocy umowy między „Xinjiang Production and Construction Corps“ (XPCC) i ukraińską spółką rolną „KSG Agro“, całe zebrane zboże oraz wyhodowane świnie będą sprzedawane dla dwóch chińskich spółek. Na początek zagospodarowane zostanie 100 tys. hektarów, a następnie reszta 3 mln hektarów.




W ubiegłym roku Ukraina unieważniła ustawę zabraniającą sprzedaż ziemi dla obcokrajowców. Po zawarciu umowy Chiński Bank Eksportu i Importu udzielił Ukrainie pożyczki w wysokości3 mld dolarów (około 7,6 mld litów).




W zamian Ukraina otrzyma nasiona, zbuduje zakład do produkcji nawozów oraz zakład produkujący substancje chroniące ziarno. XPCC również zobowiązała się pomóc Ukrainie w budowie autostrady na Krymie oraz mostu na półwyspie Kerczeńskim.




Część krytykuje transakcję, którą porównuje z kolonializmem. Podobną praktykę stosują inne bogate państwa. Arabia Saudyjska, Południowa Korea, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Wielka Brytania, USA i inne państwa wykupują ziemię w innych państwach, aby zapewnić swoim obywatelom wyżywienie.




W związku z malejącą powierzchnią użytków rolnych oraz zwiększającą się populacją, Chiny są najbardziej agresywnym nabywcą użytków rolnych. Chińczycy konsumują piątą część produkowanego pokarmu na świecie, a ich użytki rolne stanowią tylko 9 proc. uprawianej ziemi na świecie. Od 2007 roku Chiny już kupiły ziemie w Południowej Ameryce, Południowo – Wschodniej Azji i w Afryce.



Chiny planują pozyskać tyle ziemi, by osiągnąć niezależność w produkcji żywności na poziomie 95 proc.



| Factweek / Reuters/Alessandro Bianchi |


#end.



Twitter wybrał idealny moment na debiut na giełdzie.

Written By Anna Lesack on poniedziałek, 23 września 2013 | 01:34



Koniec roku to optymalny moment na debiut Twittera na giełdzie – oceniają analitycy. Inwestorzy indywidualni mogą być jednak ostrożni, nauczeni dużą przeceną akcji Facebooka po debiucie. Cena początkowa akcji Twittera wyniesie prawdopodobnie ok. 20 dolarów.








Z punktu widzenia sprzedającego moment jest optymalny – ocenia Paweł Szczepanik ze Szkoleń z Inwestycji Giełdowych. – Po pierwsze, indeksy amerykańskie notowane są na swoich historycznych maksimach, więc atmosfera jest bardzo dobra. Po drugie, jeżeli ten debiut będzie miał miejsce w grudniu, to statystycznie jest to najlepszy okres dla Wall Street przed zamknięciem dobrego roku. Te akcje z reguły od jesieni do końca roku bardzo mocno rosną – zauważa.




Szefowie Twittera 12 września poprzez krótką wiadomość (tweeta) w swoim serwisie poinformowali o zamiarze wejścia na giełdę. Prawdopodobnie debiut nastąpi pod koniec tego roku lub na początku 2014 r. Twitter nie poinformował jeszcze, czy wybierze giełdę New York Stock Exchange, czy konkurencyjną NASDAQ, grupująca spółki technologiczne. Spółka wybrała tryb oferty publicznej, w którym szczegóły debiutu mogą pozostać tajne stosunkowo długo i zostaną ujawnione w październiku lub listopadzie.




Zdaniem Pawła Szczepanika, cena początkowej oferty publicznej (IPO) akcji Twittera może wynieść ok. 20 dolarów za sztukę. Głównym zainteresowanym są fundusze hedgingowe, które według nieoficjalnych informacji skupują akcje od pracowników za 18-22 dolarów, choć nie brakuje i takich, które płacą 26-28 dolarów za udział. Tak wysoka cena wiąże się jednak z ryzykiem, że po debiucie giełdowym inwestor nic nie zyska bądź zyska niewiele.




Twitter może też skorzystać na wzroście cen akcji Facebooka, portalu społecznościowego, który zadebiutował na NASDAQ w maju 2012 r.




– Dopóki Facebook będzie sprzedawany powyżej swojej ceny emisyjnej, inwestor indywidualny nie będzie się bał, że na tych akcjach straci. To obecne wyjście Facebooka powyżej swojej ceny emisyjnej jest idealnym momentem dla Twittera, bo jeżeli Facebook byłby notowany poniżej 38 dolarów, na pewno inwestorzy nie byliby tak dobrze nastawieni do tej emisji – zauważa Szczepanik.




Cena IPO Facebooka wynosiła 38 dolarów, ale akcje tej spółki po otwarciu pierwszej sesji na poziomie 42 dolarów szybko straciły na wartości. W sierpniu ubiegłego roku kosztowały jedynie ok. 18 dolarów. Potem Facebook zaczął jednak notować wzrosty i obecnie kosztuje ponad 45 dolarów za akcję. Szczepanik podkreśla, że inwestorzy, nauczeni wahaniem kursu Facebooka, spokojniej podejdą do debiutu Twittera.




– Inwestorzy nie będą płacili zbyt wysokiej ceny, bo będą pamiętali o Facebooku. Każdy będzie chciał się w to zaangażować, ale na pewno nie będzie wchodził zbyt mocno kapitałowo – przewiduje Szczepanik. – Obawa będzie, czy kupować akcje na debiucie, czy dojdzie po debiucie do takiej poważnej przeceny, jak w przypadku Facebooka. Natomiast to jest pewne wydarzenie na giełdzie i na pewno uwaga wszystkich będzie skupiona na Twitterze, mimo że od Facebooka jest trochę mniejszy.




Poza Facebookiem na amerykańskich giełdach pojawiły się w ciągu ostatnich dwóch lat również inne firmy z obszaru IT. Najbardziej znane Groupon (portal zakupów grupowych) oraz Zynga (gry przeglądarkowe) tracą odpowiednio ok. 40 i ponad 60 proc. w stosunku do ceny początkowej oferty publicznej. Jednak debiuty firm nowych technologii z tego roku mają zdecydowanie lepsze wyniki: akcje RetailMeNot od lipca podrożały o niemal 70 proc., a Tableau Software od maja wzrosły o ponad 130 proc.




Szczepanik dodaje, że Twitter nie jest tak atrakcyjny dla inwestorów jak Facebook, ponieważ ma mniejsze możliwości generowania przychodu z reklam. Z drugiej strony Twitter, który umożliwia wysyłanie widocznych dla wszystkich użytkowników wiadomości o długości do 140 znaków, jest coraz modniejszy. Korzysta z niego jako z kanału informacyjnego wielu polityków – w tym premier Tusk – dziennikarzy oraz ekspertów.




Akcje Twittera w ofercie IPO nie będą raczej dostępne dla Polaków. Osobynie mające obywatelstwa amerykańskiego będą mogły uczestniczyć w transakcjach dopiero po debiucie i najprawdopodobniej za pośrednictwem amerykańskich banków.
| Newseria | Foto: Siobhan McKeown #end.






Tianducheng: Paryż wśród ryżowych pól

Written By Anna Lesack on piątek, 20 września 2013 | 00:39



W Chinach marzenia się spełniają. Nieopodal Szanghaju powstała replika... Paryża. Teraz, to miasto-widmo












Hangzhou to kurort, który kilka lat temu "wzbogacił się" o nowa atrakcję - kopię Paryża. I choć wieża Eiffla ma 108 metrów, całe miasto może przypominać stolicę Francji gdyby nie... brak mieszkańców. Paryż "made in China" jest bowiem miastem-widmo. Miało zamieszkać w nim 20 tys ludzi, tymczasem mieszka raptem 1500 osób.




Tianducheng jest miejscem chętnie i licznie odwiedzanym przez... pary ślubne, które organizują tu sesje fotograficzne. Wszak do prawdziwego Paryża daleko, a ślubne zdjęcie na tle wieży Eiffla to świetna pamiątka.




I choć całe to miejsce zdaje się być symbolem absurdu, ma jednak w sobie nieco uroku. Znacznie więcej niż kopia "angielskiej" wioski nieopodal Szanghaju.

















































 | MB / Fot. ALY SONG REUTERS / chiny-info.pl | #end.













Test: «Internal Citizenship». Czyj paszport powinieneś dostać?

Written By Anna Lesack on środa, 18 września 2013 | 13:03



Odpowiedz na 30 pytań i dowiedz się obywatelem którego kraju mógłbyś zostać








Ten niesamowity test przygotowała SREDA na podstawie danych i wyników badań socjologicznych Europejskie Badanie Wartości.






Wykonanie testu zajmuje ok. 2 minut
Wyniki natychmiastowe 
 




Test powstał staraniem europejskich naukowców w latach 1970. Socjologowie starali się odpowiedzieć na pytania, jak zjednoczyć wspólne wartości Europejczyków, czy wartości te zmieniają się, w jakim kierunku, jakie są podstawy i skutki europejskiej jedności.




Projekt dotyczy wszystkich aspektów życia - rodzina, praca, religia, polityka, społeczeństwo. Sondaże w różnych krajach Europy odbyły się w 1981, 1990, 1999. W 2008 r. Badanie zostało przeprowadzone w 47 krajach i regionach. W sumie ankietowanych ponad 70.000 ludzi.




Teraz również Ty możesz sprawdzić czy bardziej nadajesz się na Szweda, Francuza czy może Rumuna. Przekonaj się, na paszport której z 30 narodowości możesz liczyć od ręki.




#end












Nowy, grożny narkotyk zalewa rynek. Jest już w Polsce!

Written By Anna Lesack on czwartek, 5 września 2013 | 00:07



Nazywa się Yaba, ma smak czekolady lub truskawek, i jest mieszanką 30% metaamfetaminy i kofeiny. Narkotyk po raz pierwszy pojawił się w Tajlandii, ale już trafił do Europy. Zagrożone są przede wszystkim dzieci i młodzież









Yaba (Ya ba) w języku tajskim oznacza "szalone lekarstwo". Narkotyk produkowany jest w południowej i wschodniej Azji. Ma postać niewielkiej tabletki koloru czerwonego, pomarańczowego lub zielonego. Można ja rozpoznać po swoistym logo - literze R lub WY. Tabletki mogą być połykane lub inhalowane po uprzednim rozgrzaniu na aluminiowej folii. Sproszkowane, mogą być rozpuszczane w wodzie i połykane.



Narkotyk adresowany jest do młodzieży, którą ma przyciągnąć truskawkowy, czekoladowy lub mleczny smak. Na czarnym rynku w Tajlandii, producenci dodali do niego cukier, żeby zniwelować naturalny gorzki smak.



Zapewne gorzki smak metamfetaminy, który dotąd odstraszał niektórych konsumentów, przestanie już być przeszkodą w jego zażywaniu. Osłodzone i zmodyfikowane smakowo narkotyki wyniszczają układ nerwowy, pozostawiając nieodwracalne szkody w mózgu, nawet po półrocznym odwyku. Ten syntetyczny narkotyk wywołuje zresztą najszybsze uzależnienie w porównaniu do innych, dlatego władze i organizacje zwalczające narkomanię ostrzegają rodziców przed nową wersją „kryształu”.



Większość metamfetaminy na tajlandzkim rynku, sprzedawanej pod nazwą Ice i Yaba pochodzi ze wschodniej Birmy, stamtąd przemycana jest przez północną granicę Tajlandii. Jej dystrybucja odbywa się częstokroć w internecie, także przez Facebook. Dystrybucję Yaby ułatwia to, że swoim wyglądem i smakiem przypomina słodycze.



Laboratoria produkujące Yabę zmodyfikowały metamfetaminę, zwiększając jej oddziaływanie na układ nerwowy, jak wyjaśnia Viroj Verachai, dyrektor Narodowego Instytutu Leczenia Narkomanii./unodc.org, National Drug Intelligence Center/

 #end.













'Sex drive-in' z prostytutkami ruszył w Zurichu. Miasto zarabia

Written By Anna Lesack on środa, 28 sierpnia 2013 | 07:15



W  Szwajcarii ruszył pierwszym na świecie "sex drive-in" zbudowanym w Zurychu za pieniądze… z miejskiej kasy. Inwestycja została zatwierdzona w lokalnym referendum.












Kosztem 2,3 mln dolarów w zachodniej części miasta, w dawnej dzielnicy przemysłowej powstał „sex driver-in”. Na otoczonym za wysokim płotem obszarze zbudowano dziewięć boksów, będących czymś w rodzaju przystanków na wytyczonej trasie. Kierowca, wjeżdża do wolnego w danej chwili boksu, w którym zamawia rodzaj seksu i negocjuje zapłatę z prostytutką.







Boksy są specjalnie skonstruowane. Są na tyle wąskie, aby kierowca nie mógł wysiąść z samochodu. Prostytutka wchodzi do auta klienta od strony pasażera mając w zasięgu ręki przycisk alarmowy „na wszelki wypadek”. Póki co jednak, wypadki zdarzają się niezwykle rzadko, bo i zasady użytkowania „sex drive in" są jasno określone.





Przede wszystkim, klient nie może mieć mniej niż 18 lat, w jednym samochodzie może być tylko jeden klient. Klient nie może przyjechać rowerem lub motorem. Po „skonsumowaniu” usługi klient ma obowiązek natychmiast wyrzucić prezerwatywę do specjalnego pojemnika.



Wszystko ogrodzone jest wysokim parkanem uniemożliwiającym obserwację zewnątrz. Przed wjazdem, przy bramie pilnowanej przez strażników, znajduje się znak z czerwonym parasolem informujący, jest to obszar świadczenia usług seksualnych.



W Szwajcarii prostytucja jest legalna. Prostytutka jest tu traktowana jak osoba prowadząca działalność gospodarczą, od której odprowadza podatki. Miasto tworząc „sex driver-in" chciało „ucywilizować” tę działalność oraz lepiej kontrolować pod względem sanitarnym i HIV. Chodzi głównie o walkę z nielegalną prostytucją, która pojawiła się wraz z napływem prostytutek z Europy Wschodniej, głównie z Rumunii oraz walkę z przemocą.





Władze miasta nie ukrywają też, że powodem budowy tego specyficznego przybytku było pozbycie się prostytutek z centrum Zurychu gdzie prostytutki najczęściej oferują swoje usługi, szczególnie w dzielnicy Sihlquai.



























/Foto: SkyNews/  #end.












Europa wychodzi z kryzysu. Ale nie Hiszpania i Włochy

Written By Anna Lesack on wtorek, 20 sierpnia 2013 | 12:13



Wzrosty sprzedaży i zadowolenia konsumentów w poszczególnych krajach UE, również w Polsce, mogą oznaczać, że gospodarka europejska będzie się odbijać. Dobrym sygnałem jest również to, że – jak wykazały badania Deloitte – większość dyrektorów finansowych na świecie przestała obawiać się recesji w Europie i zaczyna myśleć o inwestycjach. Jednak w Hiszpanii, Grecji czy Włoszech spowolnienie nadal będzie odczuwalne.








PMI, czyli indeks koniunktury w sektorze przemysłowym dla całej strefy euro jest bardzo dobry. Pozytywnie zaskakuje również wskaźnik zadowolenia dyrektorów finansowych, którzy pierwszy raz od kryzysu wykazują bardzo pozytywne nastroje, są chętni do inwestowania. To są dwie bardzo pozytywne rzeczy – mówi dr Marcin Jałowiecki, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu Wydziału Zamiejscowego w Chorzowie.



W krajach europejskich widać również rosnącą sprzedaż i poprawiające się nastroje konsumentów. Zdaniem Jałowieckiego to daje im szansę na stopniowe wychodzenie z recesji. Również w Polsce te czynniki powinny pomóc w ożywieniu gospodarki.



– Międzynarodowy Fundusz Walutowy dość pozytywnie ocenia Polskę w tej perspektywie. Prognozuje wzrost 1,1 proc. w tym roku. Natomiast w dłuższym okresie prognozy wzrostu są dość wysokie. MFW, tak jak nasz rząd, zakłada stopniowy wzrost do poziomu 3,5 proc. do 2018 roku – mówi dr Marcin Jałowiecki.



Choć Europa małymi krokami wychodzi recesji, nie będzie to równomierne tempo w przypadku poszczególnych krajów. Ekspert zaznacza, że dobrze radzą sobie gospodarki Niemiec i Francji. Dużo gorzej natomiast Hiszpania czy Włochy.



 – Mówi się, że Hiszpania powinna wyjść z kryzysu, przy czym ja patrzę na nastroje społeczeństwa, które nie są najlepsze. To może być przeszkodą w kształtowaniu się tej części pozytywnej. Myślę, że społeczeństwo jest już trochę zmęczone i to też widać w statystykach dotyczących zadowolenia i przyszłych inwestycji finansowych – wyjaśnia Jałowiecki.



– Poza tym Hiszpania jest specyficznym krajem, bo jest duża skala korupcji i to przeszkadza w jej rozwoju.

Zdaniem wykładowcy Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu gospodarce włoskiej przeszkadzają przede wszystkim poważne perturbacje polityczne i to, że społeczeństwo jest niechętne zmianom.



– Zmiana premiera była korzystna, ale za tym nie poszły zmiany polityki fiskalnej, podatkowej czy w ogóle reformy gospodarcze – mówi dr Jałowiecki.



W jego opinii, coraz lepiej z kryzysem radzi sobie Grecja, która wprowadza zmiany mające pobudzić gospodarkę.



Ekspert wymienia pomysł obniżenia podatku VAT z 23 do 13 proc. w hotelach i restauracjach, co miałoby przyczynić się do obniżki cen i wzrostu konsumpcji. /Newseria/#end.











Zaskakujący świat: Bezdomność w Tokio.

Written By Anna Lesack on poniedziałek, 15 lipca 2013 | 03:33



Bezdomność to w Japonii stosunkowo nowe zjawisko. O bezdomnych powstają tu animowane filmy dla dzieci, co jeszcze nie tak dawno byłoby niemożliwe, gdyż Japonia nie uznawała bezdomności za zjawisko społeczne. W samym Tokio żyje prawie 2 tys bezdomnych, pięć razy mniej niż na ulicach Budapesztu.








Gin jest zawodowym kolarzem, Hana transwestytą a Miyuki nastolatką. Są bezdomni. Gdzieś z oddali dochodzi "Kiyoshi kono yoru". Jest dzień wigilii Bożego Narodzenia. W jednym z tokijskich śmietników trójka przyjaciół odnajduje porzuconego niemowlaka. Od tej chwili ich życie zmienia się diametralnie. Oto trójka bezdomnych postanawiaja wspólnie zaopiekować się dzieckiem i przy pomocy wskazówek pozostawionych przy maleństwie odnaleźć jego prawdziwych rodziców, co w 6 milionowym Tokio jest równie łatwe, jak znalezienie Szwajcara na kazachskim stepie. I choć jest to jedynie artystyczna wizja Satoshi Kon twórcy animowanego filmu o trójce bezdomnych "Tokyo Godfathers”, to dowodzi, że temat bezdomności nie jest już Japończykom ani obcy, ani tak wstydliwie ukrywany jak jeszcze kilkanaście lat temu.



I choć hōmuresu (bezdomność) zdaje się nie pasować do tak wysoko rozwiniętego kraju a zwłaszcza tak wielkiej aglomeracji, jaką jest Tokio, to fakt jednak pozostaje faktem. Bezdomność w Tokio istnieje, choć nie na tak wielką skalę jak mogłoby się wydawać.



Stolica bezdomnych



Co prawda akcja filmu Satoshi Kon rozgrywa się w Tokio, jednak to nie największa aglomeracja świata jest stolicą bezdomnych. Według najnowszych danych Kōsei-rōdō-shō (Ministerstwa Zdrowia, Pracy i Opieki Społecznej) z kwietnia 2013 r, liczba osób bezdomnych w całej Japonii wyniosła w styczniu 2013 roku dokładnie 8265 osób (13, 7 procent mniej niż rok wcześniej) . Z tej liczby 7671 osób (93 procent) stanowili mężczyźni a 254 to kobiety. Płeć 340 osób nie została ustalona. Największą liczbę hōmuresu – prawie 70 procent - odnotowano w obszarach miejskich, najwięcej w prefekturze Osaka (2094 osoby) a dopiero po niej w Tokio (2006 osób) oraz w Kanagawa (1395 osób).



Dla porównania, liczba bezdomnych w Stanach Zjednoczonych szacowana jest na 650-800 tys osób , w Kanadzie – 200 tys , w Niemczech – 254 tys , w Finlandii – 7600 . W Polsce liczba bezdomnych szacowana jest na 43 tysiące osób .

Jak to się stało, że w kraju uznawanym za gospodarczego championa, kojarzonego z rozwojem gospodarczym, nowoczesnością i tradycją pomocy słabszym (słabszy ma zawsze rację) pojawiło się zjawisko bezdomności?



Bezdomność, spadek po dobrobycie



Wraz z koniunkturą gospodarczą lat osiemdziesiątych, która swój szczyt osiągnęła na początku lat 90, bezdomność w Japonii była zjawiskiem prawie nieznanym. Rozwijająca się gospodarka wsysała nieograniczoną liczbę pracowników, o pracę nie było trudno a zarobki pozwalały żyć godnie i w miarę wygodnie nie tylko młodym, ale i starszym, którzy z racji wieku pracować już nie mogli. Kryzys wszystko zmienił. Kiedy na początku lat 90, pękła ekonomiczna bańka, na ulicach, w metrze i w parkach zaczęło pojawiać się coraz więcej ofiar kryzysu – bezdomnych. Kryzys najbardziej dotknął prężnie rozwijającą się Osakę, stąd po dziś dzień stanowi ona swoistą stolicę bezdomnych.



Zabrakło wsparcia ze strony rodziny. Młodych nie stać już było na utrzymywanie starszych, sami też z dnia na dzień mogli stracić pracę, o którą było coraz trudniej. Brak pracy oznaczał niemożność opłacenia mieszkania. Brak mieszkania – bezdomność. Do powstania bezdomności przyczyniła się również specyficzna struktura społeczna japońskiego społeczeństwa. Mężczyzna uznawany za głowę rodziny był zarazem jedynym jej żywicielem. Japońskie firmy wolały, więc zatrudniać żonatych mężczyzn uznając, że pracują lepiej gdyż ciąży na nich większa odpowiedzialność za rodzinę. To z kolei sprawiło, że kawalerom trudniej było znaleźć pracę. Skutki kryzysu ekonomicznego, w pierwszej kolejności uderzyły właśnie w nich. Niestety, wkrótce dotknęły również mężczyzn żonatych, co odbiło się również na całych rodzinach.



Można powiedzieć, że bezdomność uderzyła głównie w mężczyzn i to oni stanowią największy odsetek wśród hōmuresu (93 procent ). Skoro jednak jedyni żywiciele trafiali na ulicę, co działo się z tymi, których utrzymywali – z ich rodzinami? Dlaczego odsetek bezdomnych kobiet jest w Japonii tak niski? Otóż, w kulturze japońskiej, pomoc rodziny zwrócona jest głównie ku kobietom, jako tym słabszym, niż mężczyznom. Poza tym, kobietom łatwiej było znaleźć pracę, gdyż ich płace były zazwyczaj dużo niższe .



Incydent z Koala i walka z Nike’m



Hōmuresu stali się nowym – i widocznym - elementem miejskiego krajobrazu, zwłaszcza w najbardziej uprzemysłowionych regionach Japonii jak Osaka. Kolejne lata stagnacji tylko pogorszyły sprawę i zwiększyło zjawisko bezdomności. Okres od 1991 to 2000 roku nazywany w Japonii „Straconą Dekadą” (Ushinawareta Jūnen) sprawił, że w stosunkowo krótkim czasie w społeczeństwie japońskim powstała bardzo liczna grupa bezdomnych. Stało się jasne, że bezdomność to zjawisko społeczne, czemu przez wiele lat rząd Japonii starał się zaprzeczać.



Faktem jest bowiem, że początkowo władze nie uznawały bezdomności za zjawisko społeczne i co więcej, zwalczały bezdomnych, usuwając ich z ulic i parków. Z powodu biurokracji, uzyskanie pomocy społecznej było dla wielu bardzo trudne, wręcz niemożliwe. Sytuacja bezdomnych zaczęła poprawiać się dopiero pod koniec lat 90, kiedy władze centralne dostrzegły problem. Ale nie zawsze i nie wszędzie, czego dobrym przykładem jest incydent z Koala, jaki miał miejsce w 2009 roku w Osace.



Tamtejszy ogród zoologiczny, Tennoji postanowił sprowadzić z Australii sześć misiów koala przeznaczając na ten cel kilkaset tysięcy dolarów i kolejnych 1, 4 mln każdego roku na ich wyżywienie. Ta niebotyczna kwota wynikała z faktu, że na użytek Koala trzeba było posadzić w Japonii kilka tysięcy drzew eukaliptusowych, których liście miały stanowić pożywienie dla misiów (koala nie jedzą całych liści, lecz obgryzają jedynie ich końcówki). Ogród Tennoji jest własnością miasta. Miasta, które oprócz najsłynniejszego ogrodu zoologicznego ma również najwyższą w Japonii populację bezdomnych. Nieopodal zoo, w dzielnicy Nishinari w kartonowych pudłach i namiotach mieszka kilkuset bezdomnych. Wiadomość, że miasto chce wydać milion dolarów na zwierzęta oburzyła społeczność bezdomnych w całym mieście, którzy zorganizowali protest przeciwko wydawaniu pieniędzy podatników na „śpiące całymi dniami futrzaki” zamiast na bezdomnych obywateli Cesarstwa Japonii. Argumentowali, że za pieniądze, które rocznie Osaka chciała wydać na żywienie misiów, można by wyżywić bezdomnych przez 15 lat. Misie koala zamieszkały jednak w ogrodzie Tennoji.



Podobny przypadek miał miejsce w Tokio. Wiele kontrowersji wzbudziła decyzja miasta o budowie skyteparku firmy Nike w miejscu zajmowanym przez park Miyashita w dzielnicy Shibuya. W 1990 roku park stał się jednym z większych skupisk bezdomnych w Tokio, którzy mieszkali tu w swoich prowizorycznych namiotach. Bezdomni i tym razem zaprotestowali. Władze miasta chciały się ich pozbyć z parku nie oferując w zamian żadnego innego miejsca, w którym bezdomni mogliby zamieszkać. Doszło do konfrontacji – na drodze prawnej – bezdomnych (wspieranych przez organizacje pozarządowe) i koncernu Nike. I wygrali. Decyzją miasta ich nowym domem są budy ze sklejki, jakie miasto postawiło dla bezdomnych niedaleko od pomnika Hachiko obok stacji Shibuya .



Bezdomność w mieście hi-tech



Co prawda „stolicą” bezdomnych w Japonii jest Osaka, jednak tuż za nią pod względem ich liczby znajduje się Tokio. Bezdomność brzmi tu jak fałszywy akord. Aglomeracja Tokio liczy prawie tyle samo mieszkańców, co Polska, a jej gospodarka przewyższa o głowę dochody budżetowe naszego kraju. W 2005 roku mieszkańcy Tokio wypracowali prawie 1190 mld dolarów dochodu , podczas gdy wpływy budżetowe Polski za 2005 rok wyniosły zaledwie 133 mld złotych .

W Tokio, władze miasta dopiero od 1997 roku „dostrzegły” problem bezdomności i rozpoczęły zorganizowaną pomoc dla bezdomnych, których wtedy mieszkało w stolicy od 3700 do 5000. W 2004 roku władze Tokio zdecydowały o wynajęciu bezdomnym za symboliczną opłatą prawie 2000 pokoi w Tokio co jednak nie rozwiązało problemu bezdomności gdyż największym problemem bezdomnych jest nie tyle brak dachu nad głową, co pracy, której brakuje nie tylko w Tokio lecz całej Japonii, zwłaszcza dla nieżonatych mężczyzn.



Aby przekonać się, kim są i jak żyją bezdomni w Tokio warto odwiedzić miejsca, w których żyją lub miejsca, w których mogą uzyskać pomoc humanitarną, głównie od organizacji kościelnych – zarówno katolickich, jak i protestanckich



Bezdomność w Tokio widać najlepiej zwłaszcza w dzielnicach Shinjuku, Asakusa czy robotniczej dzielnica San'ya w dystrykcie Taitō. Ta ostatnia uchodzi za tokijską mekkę bezdomnych i znajduje się niemal w samym centrum miasta, zaledwie kilka kilometrów od Tokio Stock Exchange. Dla jednych całym domem jest karton rozłożony na chodniku, dla innych namiot rozbity w miejskim parku ( zwłaszcza w dwóch największych w Tokio parkach Ueno i Yoyogi). Niektórzy żyją tak od kilkunastu lat. Tutejsi bezdomni tworzą własną społeczność, rządzącą się swoimi prawami i zasadami, których nieprzestrzeganie może zrodzić agresję. Nikt tu nikogo nie pyta zwłaszcza o wiek, który wydaje się być tematem tabu. Zresztą, samo zadawanie pytań o przyczyny bezdomności nie jest ponoć mile widziane.



Tu nie istnieje słowo „przyjaźń”. Mimo że bezdomnych łączy jeden los, nie zawierają przyjaźni jak w filmie Satoshi Kon. Wszyscy natomiast pogodzili się z faktem, że są bezdomnymi. Panuje wśród nich przekonanie, ze „skoro już zostałeś bezdomnym, umrzesz jako bezdomny”. Co prawda nowi zazwyczaj mają problem z akceptacją swojego losu – uważają, że to, co ich spotkało, to chwilowa zmiana, a reszta bezdomnych to straceńcy - ale po pewnym czasie oni także tracą resztki nadziei, żyjąc po prostu dniem powszednim. Młodsi szukają jeszcze jakieś tymczasowej pracy, aby zarobić cokolwiek, starsi mają świadomość, że ich wysiłki i tak nie przyniosłyby rezultatu wiec zbierają puszki lub przeszukują śmietniki w poszukiwaniu czegoś, co może mieć jakąkolwiek wartość i co ktoś mógłby chcieć kupić choćby za kilka jenów. Żaden bezdomny nie żebrze. To cecha bezdomnych w Tokio, ale i całej Japonii. Powodem jest duma. Widać ją nawet w miejscach, w których mieszkają: w swoistych budowlach z tektury, namiotach etc. Ład, porządek, i czyste ubrania wyprane zapewne w jednej z tanich samoobsługowych pralni. W jednym z reportaży nakręconych przez dziennikarzy CNN o bezdomnych w Tokio, pojawia się Ma-chan, bezdomna kobieta mieszkająca w Shibuya. Jej dom z kartonu wygląda biednie, jednak przed nim Ma-chan każdego ranka przed wejściem stawia stary cynowy pojemnik z onigiri (Ryż faszerowany np.: rybą, popularna potrawa w Japonii) oraz pieczołowicie ustawia słoiki i garnki wypełnione suszonymi kwiatami.



Ale kontrasty – tak charakterystyczna cecha Japonii – widoczne są nawet wśród bezdomnych. Oprócz osób, dla których domem jest karton rozłożony na chodniku, można dostrzec również i takich bezdomnych, którzy nie mają już nawet takiego „domu”. Śpią wprost na chodniku czy ławkach. Są brudni, zaniedbani, nie mają nawet własnego kawałka kartonu. Egzystują. Takich bezdomnych również można spotkać wielu w Tokio. Jak udaje im się przeżyć? Dzięki pomocy humanitarnej udzielanej głównie przez organizacje kościelne i misje katolickie. W Tokio działa ich kilka. Zazwyczaj znajdują się tam, gdzie bezdomnych jest najwięcej a więc w dzielnicy San’ya, Shinjuku, Asakusa.



To właśnie w San’ya działa “Sanyukai” – japońska charytatywna organizacja katolicka, pomagająca bezdomnym poprzez dystrybucję żywność, lekarstw i namiotów. Na jej czele stoi kanadyjski misjonarz o. Jean Le Beau. Bezdomni, którymi się opiekuje nazywają go „ojisan” (wujek). Nie bez powodu: „Najlepiej czuje się w ich towarzystwie. Wraz z nimi i wolontariuszami stanowimy jedną rodzinę. Planuję być z nimi, jeśli Bóg pozwoli, do końca mojego życia” twierdzi misjonarz . I choć jest jednym z niewielu, którzy poświęcają życie dla bezdomnych, jego misja nie jest jedyną, która działa w Tokio. Bezdomni zawsze znajdą pomoc - ciepłą zupę, pomoc medyczną a niekiedy drobne płatne zajęcia - chociażby w Franciscan Chapel Center, Tokyo Union Church czy Tokyo Aisen Christ Church kierowany przez pastora Paula Hwanga, którego przed 15 laty na misję w Japonii wysłał Kościół Prezbiteriański w Korei.



Bezdomność nigdzie na świecie nie jest problemem łatwym do rozwiązania, także w Japonii. Jedynym sposobem na jego złagodzenie jest umożliwienie bezdomnym życia „po swojemu”, ale w godnych warunkach i takież ich traktowanie. W przypadku Japonii jest to szczególnie ważne, gdyż na dobrą sprawę to przecież samo społeczeństwo większość z nich skazało na bezdomność.
















Białoruskie Bunga bunga. Szokujące zdjęcia z wyborów Miss Mińska 2013.

Written By Anna Lesack on wtorek, 2 lipca 2013 | 23:46


Seks-skandal na konkursie Miss Mińska z udziałem samego prezydenta wstrząsa białoruskim internetem! Kola Łukaszenko idzie w ślady Berlusconiego














Na ogół organizatorzy konkursów piękności zadają sobie wiele trudu, aby stworzyć wrażenie, że chodzi w nich nie tylko o kobiecą urodę, ale i o „walory duchowe” lub intelektualne uczestniczek. Mało kto w to wierzy, ale przynajmniej wszyscy udają, że tak jest. Tym razem na konkursie „Miss Mińsk 2013″ miało być podobnie, tym bardziej, że organizowały go oficjalne władze białoruskiej stolicy, wspólnie z rządową stołeczną telewizją. Ale kiedy 27 czerwca wybrano w konkursie najpiękniejszą dziewczynę, w białoruskim Internecie zawrzało.



Okazało się bowiem, że nowa miss – Jana Koncewienko nie jest bynajmniej skromną panną „kochającą podróże i pragnącą walczyć o ekologię” tylko... striptizerką nocnych klubów Mińska! I to w dodatku nie z kategorii tych skromniejszych. Oprócz tańca na rurze, często można ją zobaczyć w towarzystwie różnych mężczyzn i – jak się okazuje – prywatnymi zleceniami również nie gardzi. Co więcej – nie była ona jedyną przedstawicielką nocnego życia białoruskiej stolicy, która wzięła udział w oficjalnym konkursie – szybko okazało się, że większość finalistek „Miss Mińsk” to tancerki go-go.



- Byłem w szoku kiedy zobaczyłem, że nasze dziewczyny wystartowały w konkursie. Większość z nich jest przyzwoita, a to co robią – to po prostu ich praca. Ale pretendować do tytułu Miss Mińska naprawdę nie musiały… – mówi menedżer jednego z nocnych klubów. „Nowa twarz Mińska potwierdziła wysokie miejsce Białorusi w rankingu amoralności” – skomentował jeden z białoruskich internautów.



Ale na tym nie koniec. Otóż na drugi dzień po konkursie 10 najpiękniejszych dziewczyn zostało zaproszonych na zamknięte spotkanie z prezydentem Aleksandrem Łukaszenką, na którym obecny był także jego nieślubny syn Kola. Jaki dokładnie miało ono przebieg i o jakich ważnych dla interesu państwa sprawach dyskutowano – nie wiadomo.



- Niektóre dziewczyny nie chciały tam jechać, ale odmowa nie wchodziła w grę – opowiada jedna z zastrzegających sobie anonimowość uczestniczek i potwierdza, że w imprezie wraz z prezydentem uczestniczył mały Kola. – Po przyjęciu większość z nas pojechała do swoich normalnych zajęć, czyli rozjechałyśmy się po klubach – przyznaje dziewczyna.





Dodajmy, że finał konkursu „Miss Mińsk” odbył się w ulubionym obiekcie prezydenta Łukaszenki – w Pałacu Sportu. Cóż, sport w państwie Łukaszenki ma wiele wymiarów /Zdjęcia z profilu Fb. Za: Kresy24/




>> W drodze na Wimbledon Jerzego Janowicza zastał korek. Co robi Jerzyk?












Islandia mówi UE: nie, dziękujemy! Nie wchodzimy

Written By Anna Lesack on niedziela, 30 czerwca 2013 | 09:57


Unia Europejska wstrzymała dotacje dla Islandii – jest to odpowiedź Unii na zerwanie przez rząd Sigmundura Davíða Gunnlaugssona, negocjacji w sprawie członkostwa Islandii w UE










Minister spraw zagranicznych Gunnar Bragi Sveinsson powiedział w rozmowie z Fréttablaðið, że w zeszłym tygodniu ministerstwo przeprowadziło dokładną kontrolę wszystkich projektów, których jest łącznie 20. Wśród nich, jest wiele które miały być finansowane przez UE i były związane z rozmowami akcesyjnymi prowadzonymi przez stary rząd.



Wnioski te dotyczyły projektów związanych z rozwojem gospodarczym w Islandii, rozwojem regionalnym i kwestiami związanymi z rynkiem pracy, wszystkie one były składane jako część strategii „Islandia 2020”. Każda z tych dotacji była w wysokości od 200 000 isk do 1 miliona koron.



Generalny dyrektor Islandzkiego Centrum Badań (Rannis) Hallgrímur Jónasson powiedział, że proces przyznania dotacji został zawieszony a wszystko jest teraz w rękach rządu.



„Nic nie wiemy o tym, kiedy te dotacje zostaną sfinalizowane i kiedy będziemy mogli z nich skorzystać” powiedział Hallgrímur dodając, że starające się o dotacje instytucje powinny dostać je już wkrótce.



Islandczycy mówia UE "nie!"




Rokowania Reykjaviku z Unią zostały zawieszone już na początku tego roku, ale po wyborach 27 kwietnia gabinet premiera Sigmundura Davida Gunnlaugssona zdecydował się na drastyczny krok i zerwał negocjacje. W przyszłości mogłoby się odbyć referendum w sprawie wznowienia rozmów z Unią, lecz jego data nie jest jeszcze znana.



Nowa koalicja zaczęła więc swoje rządy od mocnego akcentu. 38-letni Gunnlaugsson jest liderem centroprawicowej Partii Postępowej, która wygrała miesiąc temu wybory, uzyskując 26 proc. głosów i 19 miejsc w Althingu – islandzkim parlamencie. Jego partnerem jest przywódca Partii Niepodległości – Bjarni Benediktsson (mniejsze poparcie – 24 proc., ale ta sama liczba mandatów – 19). Sprawujący dotychczas władzę socjaldemokraci ponieśli bolesną porażkę (tylko 12 proc. głosów i 9 deputowanych). Dwa największe ugrupowania mają w 63-osobowym Althingu bezpieczną większość – 38 do 25 głosów.



Co ciekawe, wyborcy ukarali lewicę, która pozwoliłaby islandzkiej gospodarce stanąć na nogi po krachu bankowym i walutowym w 2008, a przywróciła do władzy polityków, którzy w dużej mierze za tamten kryzys odpowiadali. Ale socjaldemokraci, pod wodzą Johanny Sigurdadottir, nie ustrzegli się po drodze wielu błędów, ponadto Islandczycy mocno odczuli skutki pakietu ratunkowego, który został wprowadzony pod naciskiem Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Islandczycy musieli zacząć płacić wyższe podatki, realne płace jeszcze nie wróciły do poziomu z 2007 r., a gospodarstwa domowe duszą się pod ciężarem zadłużenia hipotecznego.



Jednak inne dane wskazują, że Islandia jest i tak w dużo lepszej kondycji niż kraje strefy euro. Od trzech kwartałów PKB wyspy niezmiennie się zwiększa, w tym roku wzrost wyniesie prawdopodobnie ok. 2,5 proc. Stopa bezrobocia wynosi ok. 6 proc. – to połowa średniego bezrobocia w UE. Inflacja, która w szczycie kryzysu sięgała 18 proc., teraz oscyluje wokół 3 proc. Od 2008 r. rządowi dwukrotnie udało się z sukcesem sprzedać obligacje, które swego czasu inwestorzy uznawali za wyjątkowe toksyczne. /
Iceland News Polska, Marek Magierowski/

















Powstanie największa na świecie strefa wolnego handlu?

Written By Anna Lesack on wtorek, 25 czerwca 2013 | 01:54



Rozpoczynające się w lipcu negocjacje pomiędzy Waszyngtonem a Bruksela mogą doprowadzić do zniesienie barier w wymianie handlowej. To oznacza jej wzrost, a co za tym idzie – stworzenie nowych miejsc pracy i przyspieszenie wzrostu gospodarczego, zarówno w pogrążonych w kryzysie krajach UE, jak i w Stanach Zjednoczonych. Negocjacje na linii Bruksela-Waszyngton mogą też pomóc w przełamaniu impasu w trwających już od 10 lat rozmowach rundy z Doha w ramach WTO. Zdaniem byłej komisarz, a obecnie europosłanki Danuty Hübner, negocjacje mają szanse zakończyć się sukcesem ze względu na dobre polityczne nastawienie w Europie i w USA. 



 








Po raz pierwszy doszliśmy w stosunkach między UE a USA do takiego etapu, że zaczynamy negocjować traktat o wolnym handlu i wspólnych inwestycjach – zauważa Danuta Hübner.



Cła między Unią a USA są już na bardzo niskim poziomie. Utworzenie strefy wolnego handlu oznaczałoby zmniejszenie ich do zera, ale również likwidację wielu ograniczeń pozacelnych.



– Jest bardzo dużo tzw. barier pozataryfowych w bardzo różnych obszarach, od usług poprzez przemysł przetwórczy. Są różnego typu ograniczenia dotyczące np. zamówień publicznych, jest cała sfera usług, która wymaga dopiero ruszenia. Także wspólna polityka energetyczna, więc bardzo wiele obszarów, które są kluczowe dla wzrostu i w Stanach, i w Europie – wymienia Danuta Hübner



Była komisarz nie ukrywa, że rozmowy nie będą łatwe, bo obie strony mają całą listę branż, które nadal chcą chronić przed konkurencją.



– Bardzo trudne są sprawy dotyczące kultury, usług audiowizualnych. Europa przez całe lata żyje w pewnym strachu przed zalewem rynku europejskiego tworami kultury amerykańskiej – wymienia Huebner i przypomina, że ten obszar był również przedmiotem sporów w czasie negocjacji akcesynych Polski. Szczególnie ostre jest w tej sprawie stanowisko Francji. Również strona amerykańska chciałaby utrzymać monopol w niektórych branżach.



– Żegluga przybrzeżna jest takim obszarem, który dla USA jest bardzo ważny, ale także wszystko, co dotyczy żywności genetycznie modyfikowanej. Takich spraw trudnych jest dużo w rolnictwie i poza rolnictwem – mówi europosłanka.



Wśród tematów, które mogą pojawić się w trakcie rozmów będą też takie, do których zastrzeżania, jeszcze w trakcie udzielenia Komisji Europejskiej mandatu do negocjacji zgłosiła strona polska. Są wśród nich właśnie sprawy usług audiowizualnych i związane z rolnictwem.



– Mamy dość zbliżone obawy, ale myślę, że tych spraw związanych z rolnictwem może być nieco więcej. Jestem przekonana, że poszczególni ministrowie bardzo pilnują tych wszystkich spraw – mówi Hübner.



Obie strony deklarują jednak polityczną wolę, by osiągnąć porozumienie. Zdaniem Danuty Hübner zarówno Europie, jak i USA zależy też na czasie.



– Jeżeli byśmy rzeczywiście utworzyli strefę wolnego handlu, to by oznaczało ogromny przyrost wymiany handlowej. To zaś oznacza oczywiście tworzenie nowych miejsc pracy, poprawę konkurencyjności Europy i gospodarki europejskiej, więc trzymamy wszyscy kciuki – podkreśla Hübner.



Negocjacje między UE a USA będą miały też wpływ na likwidowanie barier gospodarczych w skali globalnej.



– Od ponad 10 lat politycy są niezdolni na poziomie globalnym zakończyć negocjacje rundy z Doha. To jest runda, która regulowałaby handel światowy, dlatego te negocjacje między Stanami a Europą mogą być początkiem ustalania nowych globalnych standardów, które określają współpracę gospodarczą w świecie – dodaje Danuta Hübner. /Newseria/



 



Do USA bez wizy? Amerykanie zmieniają prawo

Written By Anna Lesack on środa, 19 czerwca 2013 | 06:51




Reforma prawa emigracyjnego, ma wprowadzić ruch bezwizowy i amnestię dla nielegalnych emigrantów z Polski. 











Komisja amerykańskiego Senatu zaakceptowała projekt reformy imigracyjnej. Projekt zawiera m.in. pomysł amnestii dla 11 milionów nielegalnych imigrantów oraz włączenie Polski do programu Ruchu Bezwizowego (Visa Waiver Programme - VWP). 




Projekt reformy muszą jeszcze zatwierdzić obie izby Kongresu. Szansa na to, że reforma wejdzie w życie jest spora, gdyż ma on poparcie grupy ośmiu senatorów z obu najważniejszych amerykańskich partii zaś pomysł aby otworzyć granice USA przed obywatelami Polski od początku nie budzi żadnych kontrowersji.




>> Do Ameryki będzie można polecieć za niecałe 50 zł



Wdrożenie reformy imigracyjnej jest dla amerykańskiego prezydenta jednym z najważniejszych zadań. Barack Obama wielokrotnie mówił, iż chce przeforsować zmiany w przepisach, dzięki którym wielu zdolnych imigrantów będzie mogło legalnie mieszkać i pracować w USA. To także amerykański prezydent jako jeden z pierwszych mówił o pomyśle włączenia Polski do programu Ruchu Bezwizowego. /IAR/ 












Morliny, Krakus i Berlinki przechodzą w... chińskie ręce!

Written By Anna Lesack on piątek, 31 maja 2013 | 16:03



Największy chiński koncern mięsny Shuanghui stanie się właścicielem Grupy Animex do której należą takie marki jak Morliny, Krakus czy Berlinki.



 








Jak poinformował Wall Street Journal, Shuanghui International przejmuje największego producenta wieprzowiny na świecie - amerykańską grupę Smithfield Foods, której przychody sięgają 13 mld dol. rocznie. Oznacza to, że Chińczycy, przejmując kontrolę nad amerykańskim potentatem, staną się również  właścicielami grupy Animex, lidera polskiej rynku przerobu mięsa. Do Animeksu należą np. najbardziej znane marki na polskim rynku wędlin - Morliny, parówki Berlinki, czy kiełbasy Krakus.



Smithfield Foods po pojawieniu się informacji od razu zastrzegł, że przejęcie nie będzie wiązało się z żadnymi zamknięciami w należących do grupy obiektach i lokalizacjach (o Polsce w komunikacie nie ma mowy). Prezes Larry Pope zostanie na stanowisku, a firma pozostanie niezależna.



Transakcję muszą jeszcze zaakceptować akcjonariusze amerykańskiej spółki. A może to potrwać, bo z Amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd już słychać, że akcje Smithfield Foods są dla niej warte nie mniej niż 48 dolarów, a nie 34 oferowane przez Chińczyków. (Oficjalny komunikat o przejęciu).




 










Zamach w Londynie: szokujący film video tuż po zabójstwie

Written By Anna Lesack on sobota, 25 maja 2013 | 01:13



Roboczy film nakręcony przypadkowo przez operatora ITV. Zabójca brytyjskiego żołnierza Lee Rigby, Michael Adebolajo tuż po zabójstwie wygłasza do kamery swój manifest. W ręku nadal trzyma zakrwawiony nóż i tasak a w tle widać zwłoki żołnierza.
















22 maja dwaj napastnicy w wieku ok. 20 lat zaatakowali mężczyznę idącego ulicą w dzielnicy Woolwich we wschodnim Londynie. Jak podała agencja PA, obcięli mu głowę, wznosząc okrzyki "Allahu akbar" (Bóg jest wielki). Nagranie wyemitowane przez stację ITV pokazuje mężczyznę z tasakiem w dłoni i rękami pokrytymi krwią. Za plecami mężczyzny widać ciało drugiej osoby leżącej na ulicy. Mężczyzna z tasakiem podszedł do kamery. - Przepraszam, że kobiety musiały to zobaczyć, ale w naszym kraju kobiety muszą widzieć to samo. Nigdy nie będziecie bezpieczni. Pozbądźcie się rządu, jemu na was nie zależy - powiedział. Później mężczyzna z tasakiem odszedł w kierunku osoby leżącej na ulicy i mężczyzny stojącego obok. Według świadków napastnicy przeciągnęli ciało ofiary na środek ulicy i tam je zostawili. Wymachując bronią palną i nożami, domagali się od znajdujących się w pobliżu ludzi, by robili im zdjęcia. - O wszystkim zapomnieli, martwili się tylko o to, czy robią im zdjęcia - mówił jeden ze świadków. /ITV, BBC/



















Skandal na Wall Street. Dziennikarze Bloomberga wykradali poufne informacje swoich klientów z... terminali Bloomberga

Written By Anna Lesack on niedziela, 12 maja 2013 | 03:03



Bloomberg wcielił się w rolę Wielkiego Brata. Dziennikarze Bloomberg News monitorowali i wykradali prywatne i poufne informacje subskrybentów posiadających terminale Bloomberga a następnie wykorzystywali je przy pisaniu materiałów prasowych. Na całym świecie działa ponad 340 tys takich terminali, również w Polsce, gdzie mieści się jedna z redakcji Bloomberga.



 










W piątek na Wall Street wybuchła afera, której bohaterem jest serwis Bloomberg News, prasowa części Bloomberg LP. Przez lata, setki jej dziennikarzy przez lata włamywali się na terminale, jakie Bloomberg sprzedaje swoim abonentom za około 20 tys dolarów rocznego abonamentu i monitorowali znajdujące się na nich dane abonentów. Dziennikarze dostawali się na terminale, kiedy ich abonenci nie byli zalogowani i uzyskiwali dostęp do poufnej korespondencji i wrażliwych danych dla rynku. Szczególnie „polowali” na terminale traderów i członków zarządu firm inwestycyjnych oraz spółek notowanych na giełdzie.

 


Aferę opisały piątkowe wydania New York Times i CNBC. Bloomberg potwierdził ich doniesienia.



Bloomberg przyznał już, że zastosowanie w swoich terminalach specyficznych funkcji, które umożliwiły dziennikarzom monitorowanie subskrybentów, było błędem i że zostały już one wykasowane. Uczynił to jednak dopiero po, tym jak Goldman Sachs złożył skargę na jednego z dziennikarzy Bloomberga, który zapytał firmę o szczegóły zatrudnienia jednego z jej pracowników, który – co ujawnił dziennikarz - od dawna nie logował się do swojego terminala. 




Goldman Sachs zamierza wytoczyć Bloombergowi proces sądowy. Jeżeli prawnikom uda się wykazać, że na skutek szpiegowania przez dziennikarzy Bloomberga, firma poniosła straty, agencję czekają nie lada problemy. Zresztą, Bloomberg już je ma w postaci spadku zaufania. 



Klienci nie bez racji pytają, gdzie jest linia oddzielająca lukratywny biznes, jaki Bloomberg robi na sprzedaży terminali od niemniej dochodowej części prasowej, bo oczywistym jest ze oba biznesy nie powinny się wspierać ani ze sobą rywalizować, zwłaszcza w świecie finansów, w którym każda informacja jest na wagę złota. Afera podważyła wiarygodność obu.




- Na Wall Street” anonimowość jest niezwykle ważna. Dyskrecja i umiejętność ukrycia swoich zamiarów i ewentualnych decyzji inwestycyjnych jest kluczowa - powiedział Michael J. Driscoll, były starszy trader w Bear Stearns, który obecnie wykłada na Adelphi University. I dodał: - Jeśli dziennikarze Bloomberg przekroczyli tę linię, to mamy problem.




Niestety, wszystko wskazuje na to, ze przekroczyli. Wstępne analizy wykazały, że „sposób na terminal” wykorzystywany był do zbierania informacji prasowych nie przez jednego czy dwóch lecz przez kilkuset dziennikarzy Bloomberga. Na całym świecie w tym także w Polsce – Bloomberg zatrudnia 2400 dziennikarzy.



Co prawda „afera terminalowa” wybuchła na Wall Street, to jednak istnieje obawa czy dziennikarze Bloomberga nie wykorzystywali terminali również poza giełdą. Na całym świecie działa ponad 340 tys terminali, nie tylko na giełdach i biurach maklerskich, ale w bankach i firmach handlowych. Nadzór Bankowy już bada czy np.: terminale pracowników Federal Reserve również były monitorowane przez dziennikarzy Bloomberga.



Terminale Bloomberga znajdują się również w wielu polskich instytucjach finansowych, począwszy od NBP i PAP na firmach handlowych kończąc. W Warszawie działa od roku redakcja Bloomberg BusinessWeek należąca do Bloomberga. Ponieważ duża część materiałów publikowanych w gazecie pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, nie można wykluczyć, że zawierają informacje zdobyte w wyniku „terminalowego” procederu. Na razie, nic nie wiadomo o tym, czy dziennikarze polskiego Bloomberga wykorzystywali terminale do pozyskiwania informacji wykorzystywanych we własnych materiałach. ( Za: NYP, NYT, CNBC. Foto:Bloomberg)















Państwa afrykańskie wśród najszybciej rozwijających się gospodarek świata.

Written By Anna Lesack on sobota, 11 maja 2013 | 04:38



Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego w latach 2011-15 wśród 20 najszybciej rozwijających się gospodarek świata będzie aż 10 gospodarek afrykańskich. Prognozy są szczególnie optymistyczne dla Etiopii, Mozambiku, Tanzanii, Konga, Ghany, Zambii, a także Nigerii. Jednak jak pokazuje raport CEED Institute, polski biznes nie zdaje sobie sprawy z pełni możliwości inwestycyjnych w Afryce, a przynajmniej w niektórych jej krajach. 



 








Raport został opublikowany przez założony przez Jana Kulczyka think-tank CEED Institute, zajmujący się promocją gospodarek regionu Europy Środkowej i Wschodniej.



– Podstawowym wnioskiem, jaki płynie z raportu jest stwierdzenie – korzystając z motywu przewodniego „Hebanu” Ryszarda Kapuścińskiego – że nie ma jednej Afryki. Na kontynencie mamy takie państwa jak Burundi z PKB per capita na poziomie 300 dolarów. A po drugiej stronie mamy na przykład Gwineę Równikową, gdzie ten sam wskaźnik wynosi 36,6 tys. dolarów – mówi Wojciech Tycholiz, współautor raportu CEED Institute, członek zarządu Polskiego Centrum Studiów Afrykanistycznych, na temat możliwości inwestycyjnych dla biznesu z Europy Środkowej i Wschodniej w Afryce.



Różnice dotyczą zarówno poziomu rozwoju gospodarczego, jak i sytuacji politycznej. Afryka to zarówno autorytarne Zimbabwe czy Sudan, jak również demokratyczne Botswana i Ghana.



– Musimy pamiętać, że nie ma jednego złotego środka, jednego klucza, który pozwoli otworzyć wszystkie drzwi w Afryce – zauważa Tycholiz.



Relacje biznesmenów z Europy Środkowo-Wschodniej z Afrykańczykami ułatwia brak kolonialnego dziedzictwa krajów naszego regionu. Zbliżeniom kulturowym sprzyjają też polskie misje katolickie. Z drugiej strony różnice kulturowe niekiedy są odczuwalne, co nie ułatwia porozumienia.









(Zródło: The Economist)







– W niektórych krajach afrykańskich podejście do czasu jest zupełnie inne w Europie czy w Polsce. Jedna czynność musi się zakończyć i dopiero potem druga może się rozpocząć. Umawianie się z mieszkańcami tych krajów na konkretne sztywne terminy może być utrudnione, gdyż ich kulturach nie przywiązuje się wagi do punktualności w naszym rozumieniu – wyjaśnia Tycholiz.



Chociaż kraje afrykańskie mają pewne cechy wspólne, to sytuacja w poszczególnych państwach kontynentu krajach jest na tyle zróżnicowana, że nie ma możliwości stworzenia jednego modelu biznesowego dla wszystkich.



Autorzy raportu przygotowanego CEED Institute zbadali 39 krajów Afryki pod względem trendów gospodarczych, społecznych i politycznych. Państwa kontynentu podzielono na 3 kategorie. Do najszybciej rozwijających się i najbardziej stabilnych ("gepardów") zaliczono 11 krajów. Za mniej stabilne, ale mimo to atrakcyjne ("krokodyle") uznano 18 państw, a za kraje w najtrudniejszej sytuacji ("guźce") – 10 państw.



Największy kapitał przyciąga przemysł wydobywczy. Jednak także inwestycje w sektorach telekomunikacyjnym, bankowym, handlu detalicznego oraz samochodowym mogą przynieść spore profity. Z kolei za największe bariery dla biznesu potencjalni inwestorzy uznali: niestabilność polityczną, lokalny charakter działania ich firm, korupcję, słabą ochronę, brak rozwiniętej infrastruktury oraz biurokrację.(za: Newseria).




Zobacz też

Jan Kulczyk: inwestycje w Afryce szansą dla Europy. To najszybciej rozwijający się region świata / 10 things to know about Africa's booming economy















 
Support : Creating Website | Johny Template | Mas Template
Copyright © 2011. 2 - All Rights Reserved
Template Created by Creating Website Published by Mas Template
Proudly powered by Blogger